?

Log in

No account? Create an account

To już jest koniec!

Nie tylko koniec roku, ale także koniec blogowania. Dzisiejszy wpis jest bowiem ostatnim na Dyrdymałach na Livejournalu. Ale spokojnie, nie wpadajcie w panikę! Blog wciąż będzie istniał, ale pod innym adresem. O, tutaj:

(tak, zgadza się - w adresie są dyrdymally, przez dwa "L" - niestety adres z jednym "L" był już zajęty)

W związku z powyższym proszę wszystkich o zaktualizowanie czytników RSS oraz zakładek w przeglądarkach.

Dodam jeszcze, że nie rezygnuję z pisania tutaj przez to, że Livejournal jest głupi, brzydki bądź też niepraktyczny, bo wcale taki nie jest. Zdecydowałam się na przeprowadzkę z powodu jednej rzeczy, którą posiada Blogger, a której nie ma Livejournal. Tym decydującym elementem była możliwość robienia kopii roboczych wpisu. Wcześniej nie miało to żadnego znaczenia, bo wszystkie posty tworzyłam na jednym komputerze i w razie czego ich treść zapisywałam w notatniku, na dysku. Ostatnio jednak coraz częściej jestem zmuszona pisać "na raty", korzystając przy tym z różnych komputerów. I w takim wypadku Blogger i jego kopie robocze spisują się dużo lepiej niż Livejournal i notatnik.
... A poza tym hej, za niecały rok czeka nas koniec świata, więc trzeba szaleć póki można, prawda? ;)

Jeszcze raz - zapraszam was wszystkich pod nowy adres, a poza tym życzę udanej zabawy Sylwestrowej i szczęśliwego Nowego Roku!
kłódka

Tagi:

Moja pierwsza publikacja

Niestety nie mam dziś zaszczytu pochwalić się wydaną właśnie książką mojego autorstwa. Zamiast tego chciałam pokazać wam coś innego - mianowicie pierwszą zdigitalizowaną przeze mnie rzecz, którą możecie sobie obejrzeć w Jagiellońskiej Bibliotece Cyfrowej. A publikacją tą jest:


Formalnie rzecz ujmując nie jest to jedna, ale 357 publikacji - po jednej, na każdy numer dziennika.
Pliki są stety/niestety w formacie DJVU i żeby je odtworzyć trzeba zainstalować specjalną (darmową) wtyczkę do przeglądarki.
Jednakże jeśli cierpicie na brak czasu, to polecam wam, byście zamiast np. do Demotywatorów, zajrzeli właśnie do Nowego Dziennika, bo gazetka jest naprawdę przyjemna i można dowiedzieć się z niej wielu ciekawych rzeczy dotyczących 1933 roku (i przeczytać na przykład o łyżwo-rowerze, zamachu na prezydenta USA oraz o tym, że w 1933 roku był taki mróz, że aż Niagara zamarzła). Dodatkowo, na końcu niektórych numerów zamieszczono całkiem niezłe rysunki satyryczne.

Livejournal vs. Blogger (vs. Tumblr)

Najwyższa pora na kolejne podsumowanie, bo w końcu Dyrdymały Filmowo-Serialowe od ponad miesiąca istnieją na Google'owym blogu. W związku z tym wypada porównać Livejournal z Bloggerem. Momentami odniosę się także do Tumblra, ale nie będzie on głównym tematem dzisiejszego wpisu. Aha - ten post bezpośrednio nawiązuje do wpisu z listopada, w związku z tym nie będę się rozpisywać o pewnych plusach i minusach Livejournala, o których napisałam tam.

Runka I: Zakładanie nowego konta
Na Livejournalu login staje się jednocześnie nazwą użytkownika i adresem. Jego późniejsza zmiana jest niemożliwa. Nie można też mieć jednocześnie kilku blogów przypisanych do jednego konta.

Na Bloggerze zakładamy sobie profil użytkownika (nie jest to równoznaczne z założeniem pełnego konta na Google - czyli takiego obejmującego Gmaila, Google+ i inne podobne rzeczy). Login nie jest nazwą użytkownika - tą możemy dowolnie zmieniać. Do jednego konta może być przypisana dowolna liczba blogów. Adres bloga nie jest równoznaczny z jego właściwą nazwą i możemy go później edytować (przy czym trzeba się liczyć z tym, że jeśli zmienimy adres url, a ktoś wcześniej zalinkuje gdzieś nasz blog, to linki te automatycznie zaczną prowadzić donikąd).

Co ciekawe - po założeniu bloga na Bloggerze stajemy się jego administratorami (czyli osobami z pełnymi uprawnieniami). Ale bloga może jednocześnie tworzyć kilka osób - osoby te dodajemy my, administratorzy. Livejournal też posiada podobną opcję, z tym, że chodzi w niej bardziej o założenie pewnej wspólnoty blogowiczów, w której każdy będzie sam sobie panem i władcą. Część osób pewnie uzna to za coś fajnego, ale osobiście uważam, że jeśli chodzi o zarządzanie czymś, to demokracja nie jest najlepszym rozwiązaniem.

Na koniec jeszcze drobna uwaga dotycząca tumblra. Okazało się, że choć teoretycznie do jednego loginu może być przypisane kilka blogów, to w rzeczywistości wcale tak nie jest. Całość jest dość skomplikowana i nie chce mi się tu teraz szerzej o tym pisać, musicie po prostu uwierzyć mi na słowo.
Wynik po rundzie I:
Livejournal 0 punktów
Blogger 3 punkty
(za możliwość posiadania kilku blogów przypisanych do jednego konta, możliwość modyfikacji adresu url bloga oraz za to, że jednego bloga może współtworzyć kilka osób, ale tylko jedna z nich jest administratorem)

Runda II: Panel administracyjny
Od razu zaczęłam korzystać z nowego interfejsu panelu administracyjnego na Bloggerze. Początkowo całość wydawała mi się przerażająco skomplikowana, ale po mniej więcej godzinie zabawy zorientowałam się, o co chodzi. I na obecną chwilę uważam, że blog Google'a prezentuje się w tym przypadku dużo bardziej przejrzyście, od Livejournala.

Plusami Bloggera jest to, że przez panel administracyjny ma się bezpośredni dostęp do edycji wszystkich postów i komentarzy. Dużym ułatwieniem jest też, że panel został całkowicie spolszczony. Możliwe jest także obejrzenie statystyki odwiedzin bloga - przy czym ta ostatnia nie działa do końca dobrze, ponieważ bierze pod uwagę także odwiedziny osób tworzących bloga (z tego powodu ponad 75% wejść na Dyrdymały Filmowo-Serialowe została wygenerowana przeze mnie).

W porównaniu z tym wszystkim Livejournal nie prezentuje się źle - ale przez to, że nie posiada tych wyżej wspomnianych elementów praca w nim jest nieco trudniejsza.
Wynik po rundzie II:
Livejournal 0 punktów
(bo nie posiada niczego, czego nie byłoby w Bloggerze)
Blogger 3 punkty (za przejrzysty i w pełni spolszczony panel administracyjny, łatwy podgląd postów i komentarzy oraz wbudowaną statystykę odwiedzin)

Runda III: Wygląd
Jeśli chodzi o możliwość dodawania dodatkowych elementów do bloga, to Livejournal i Blogger bardzo się między sobą nie różnią. Owszem, na blogu Google'a zostało to rozwiązane w sposób bardziej efektowny i graficzny, a na Livejournalu wszystko odbywa się "tekstowo". Końcowy efekt jest jednak bardzo podobny.

Wielkim minusem Livejournala jest niestety to, że nie pozwala on na dodawanie elementów posiadających javascript. Plusem jest z kolei to, że wszystkie elementy od razu wyglądają dobrze i modyfikacje css-a strony są raczej niepotrzebne.

W przypadku Bloggera bardzo miłym zaskoczeniem było dla mnie to, iż pozwala on nie tylko na modyfikację wyglądu całości strony, ale także na zmianę wyglądu jedynie jej poszczególnych elementów. Możemy też wybierać spośród naprawdę dużej ilości czcionek. Przy czym - niestety większość z nich nie wyświetla polskich znaków. Kolejną rzeczą, która osobiście mi się nie podoba jest to, że poszczególne dodatkowe elementy niestety nie współgrają ze sobą dobrze i wiem, że w wolnym czasie będę musiała przysiąść i pogrzebać w Bloggerowym css-ie.

Plusem Bloggera jest też to, iż posiada on uproszczony wygląd dla osób przeglądających bloga z telefonów komórkowych.
Wynik po rundzie III:
Livejournal 2
punkty (za dobrze opracowany wygląd skórek i łatwość modyfikacji ich wyglądu)
Blogger 2 punkty (za większe możliwości modyfikacji wyglądu oraz wersję dla telefonów komórkowych)

Runda IV: Tworzenie nowych wpisów
Na pierwszy rzut oka obydwa blogi zbytnio się nie różnią - edytor Rich Textu działa w nich dobrze, ale nie zawsze poprawnie, przez co konieczne są zmiany bezpośrednio w kodzie HTML. Dodawanie tagów odbywa się na podobnej zasadzie - można wybrać z tych wcześniej użytych lub też łatwo stworzyć nowe. Do każdego wpisu automatycznie dodawany jest podpis, który wcześniej ustalamy sami. Niestety ani Livejournal, ani Blogger nie tworzą automatycznie akapitów dodając znacznik <p>. Na coś takiego natknęłam się tylko na Tumblr, ale było to bardzo przydatne rozwiązanie, które pozwoliło między innymi na ustalenie wcięć na początku akapitu, dzięki czemu tekst stawał się nieco bardziej czytelny.

Obydwa blogi w nieco inny sposób tworzą datę wpisu - Livejournal uwzględnia moment, w którym post zostanie umieszczony na blogu, Blogger - chwilę, w której dopiero zaczynamy pisać. Innymi słowy: jeśli przykładowo zaczęłabym pisać tego posta o godzinie 13:30, a skończyła o 14:15, to Blogger pokazałby pierwszy czas, a Livejournal ten drugi. Nie mam pojęcia, które rozwiązanie jest lepsze - na szczęście w obydwu przypadkach możliwa jest modyfikacja godziny, o której post został opublikowany.

Największym plusem Bloggera jak dla mnie jest to, że bardzo dobrze działa na nim zapisywanie postu w wersji roboczej. Blogger robi taki zapis automatycznie co kilka minut, sami także możemy to zrobić wciskając "zapisz wersję roboczą". Nieopublikowanych postów w wersjach roboczych możemy mieć dowolną ilość i do każdego z nich wrócić w dogodnym dla nas momencie.
Na Livejournalu post także zapisuje się automatycznie, ale nie mamy możliwości zrobienia tego manualnie. Gdyby przypadkiem wysiadł mi teraz prąd, to po ponownym odpaleniu Livejournala zostałabym zapisana, czy odtworzyć automatycznie zapisany wpis. Problem polega na tym, że w pamięci Livejournala można zapisać tylko jeden nieopublikowany wpis. Co więcej - czasami przywracanie kopii zapasowej nie działa poprawnie.

Na Bloggerze podobało mi się też to, że na dole każdego wpisu pojawia się nie tylko mój podpis, ale także coś w rodzaju ankiety, która pozwala każdemu (a nie tylko zalogowanym użytkownikom - jak to było w przypadku Livejournala) oddać głos.

Jedynym minusem Bloggera jest niestety to, że jeśli w jakiś sposób zmodyfikujemy wygląd tekstu przy pomocy edytora HTML, a potem przejdziemy do Rich Textu, to niektóre z wprowadzonych przez nas wcześniej modyfikacji HTML znikną. W Livejournalu coś takiego nie ma miejsca
Wynik po rundzie IV:
Livejournal 1 punkt
(za "niezjadanie" niektórych części kodu HTML po przejściu do Rich Textu)
Blogger 2 punkty (za możliwość tworzenia kopii zapasowych oraz ankietę dodawaną w stopce każdego wpisu)

Runda V: Multimedia
Na Bloggerze działa javascript.

Jeśli chodzi o fotografie, to Blogger pozwala nam na wgrywanie zdjęć bezpośrednio z twardego dysku komputera, z naszego konta na Picasie (jeśli takie mamy) oraz z adresu url. Mamy także podgląd wszystkich zdjęć, które umieściliśmy na blogu do tej pory i możemy ponownie użyć któregoś z nich. Fotki można wyświetlać standardowo albo w lightboxie. Całość jest więc rozwiązana bardzo dobrze.

Dużym nieporozumieniem jest dla odmiany wstawianie na Bloggera filmów. Po kliknięciu na ikonkę dodawania wideo, możemy skorzystać tylko z filmów z YouTube. Co więcej - niemożliwe jest tutaj wstawienie filmu poprzez podanie jego adresu url - widea musimy szukać przez wewnętrzną przeglądarkę. Filmiki z innych stron też możemy wstawić, ale tylko za pomocą embed code.

Livejournal nie faworyzuje żadnego serwisu z filmami i wszelkie widea trzeba do wpisu dodawać tak samo, przy pomocy embed code. Z kolei w przypadku tego bloga - minusem znów jest to, że elementy posiadające javascript nie są wyświetlane.
Wynik po rundzie V:
Livejournal 1 punkt
(za niefaworyzowanie YouTube)
Blogger 2 punkty (za łatwe wgrywanie zdjęć oraz obsługę javascript)

Runda VI: Interakcja z innymi
W przypadku obydwu blogów dodawanie komentarzy jest tak samo proste i nieskomplikowane. Pod tym względem blogi zbytnio się więc nie różnią.
Wynik po rundzie VI:
Livejournal 1 punkt

Blogger 1 punkt

Runda VII: Archiwum
W tym przypadku rzecz jest bardzo subiektywna. Od strony panelu administracyjnego - Blogger spisuje się dużo lepiej, dając przejrzysty podgląd wszystkich postów. Z kolei od strony użytkownika - wygląd archiwum Livejournala jakoś zawsze bardziej mi się podobało. Blogger proponował mi w tym przypadku kilka różnych możliwości prezentacji archiwum, ale żadna z nich nie przypadła mi do gustu. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że znajdą się osoby, które wolą wygląd archiwum na Bloggerze bardziej od tego z Livejournala.
Wynik po rundzie VII:
Livejournal 1 punkt
(za ładniejszy wygląd archiwum widocznego dla użytkownika)
Blogger 1 punkt (za bardziej przejrzysty wygląd archiwum w panelu administracyjnym)

Wynik końcowy:
Livejournal 6 punktów
Blogger 14 punktów


WYGRYWA: BLOGGER


Podsumowując: mimo kilku niedopracowanych rzeczy, Blogger prezentuje się dużo lepiej od Livejournala. Co ważne, z Google'owego bloga z łatwością będą korzystać zarówno osoby nie znające HTML-a, jak i bardziej "zaawansowani" użytkownicy. Blogger daje naprawdę sporo możliwości i nie narzuca wielu ograniczeń. Dodatkowo, na blogu Google'a nie wyświetlane są żadne reklamy, które mogłyby psuć graficzny wygląd całości strony.

Mnie samej początkowo trudno było przestawić się na Bloggera, ale w obecnej chwili zauważam, że to tworzenie postów w Livejournalu sprawia mi nieco większy problem. Napiszę nawet, że zastanawiam się nad tym, czy nie przenieść Dyrdymał na serwer Google'a. Póki co ostatecznej decyzji jeszcze nie podjęłam, ale już ostrzegam, że coś takiego może kiedyś, w przyszłości nastąpić.
Bardzo was proszę, przestańcie rozbijać szkło na jezdniach samochodowych, ścieżkach rowerowych i chodnikach!!!
Przez was już trzeci raz w tym miesiącu muszę wymienić dętkę w rowerze! :(

Wiem, że mój apel pewnie nie trafi do osób, do których jest skierowany, ale mam to w nosie. Musiałam to w końcu wykrzyczeć... to znaczy - napisać.
Jak w temacie - posiadam pomysły, nie mam wiedzy i środków, by je zrealizować. Jeśli tylko znajdzie się śmiałek, może do woli czerpać z tego wpisu inspirację. Mi wystarczy, jeśli w ramach podziękowania taki naukowiec wyśle mi gotowy, działający i nie szkodliwy dla zdrowia prototyp.

Budzik, który budzi
Co jest najgorszą rzeczą, jaką w ostatnich latach wymyślił człowiek? Bomba atomowa? "Moda na sukces"? Trolowanie w internecie? Nie. Najgorsza jest opcja drzemki w budziku. Sama jestem ofiarą tego wynalazku. Budzę się i zamiast od razu wstać z łóżka, włączam jedną, a potem drugą, piątą i dziesiątą drzemkę. W efekcie wcale się bardziej nie wyśpię, ale za to - prawie na pewno będę spóźniona. Wiem, że powinnam wstać natychmiast, za pierwszym razem i wtedy nie byłoby kłopotu. Ale gdy budzik w telefonie komórkowym pyta się mnie, czy pragnę drzemki, to oczywiste jest, że odpowiadam mu "TAK!"

Niektóre tęgie umysły starały się rozwiązać problem nieefektywnie działających budzików. Powstały więc urządzenia, które odlatują, uciekają oraz na sto dziesięć innych sposobów zmuszają nas do tego, byśmy wstali z łóżka. Ale nie oszukujmy się - człowiek jest stworzeniem cwanym i z natury leniwym. I zawsze znajdzie sposób, by ułatwić sobie życie - latającym budzikom niby przypadkiem połamie lotki, a te uciekające przywiąże do łóżka, by nie zaszły za daleko.

Jak więc powinien działać budzik, który naprawdę budzi? To proste - musi on sprawiać, byśmy sami chcieli się obudzić i byśmy zwlekli się z łóżka, nie czując przy tym dyskomfortu. Jak to zrobić - nie wiem. Może wystarczyłoby urządzenie, które zmieniałoby częstotliwość naszych fal mózgowych tak, byśmy obudzili się myśląc, że nie jesteśmy śpiący. A może inna maszyna mogłaby rozpylać w powietrzu mieszankę kofeiny i adrenaliny, dzięki której zrywalibyśmy się ze snu zwarci i gotowi do działania. Sposobów na rozwiązanie tego problemu jest pewnie jeszcze więcej. Jedno jest natomiast pewne - trzeba stworzyć nowoczesny budzik na miarę XXI wieku. Do dzieła, drodzy naukowcy!

Zegarek, dzięki któremu wszędzie dotrzemy na czas
Żyjemy zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Pobudka, autobus, praca, studia, spotkanie ze znajomymi, kino, ulubiony program w telewizji. Niestety albo dotrzemy do celu przed czasem i będziemy musieli niecierpliwie czekać, albo co gorsze - spóźnimy się, co będzie miało dla nas większe lub mniejsze konsekwencje.
Pasowałoby więc stworzyć urządzenie, które nie tylko pokazywałoby, jaka aktualnie jest godzina, ale także w jakiś sposób podpowiadało nam tak, byśmy wszędzie dotarli na czas. Rozumiem, że urządzenie takie musiałoby prawdopodobnie umieć czytać nam w myślach, by wiedzieć, gdzie się spieszymy i dlaczego. Wiem też, że należałoby opracować jakiś efektowny sposób na popędzanie człowieka, żeby dotarł w umówione miejsce na czas. Ale może znalazłby się naukowiec na tyle rozgarnięty i jednocześnie szalony, by udało mu się zbudować coś takiego i na dodatek zminiaturyzować takie urządzenie tak, żeby dało się je nosić na nadgarstku.

Nieplączące się słuchawki
Każdy z nas pewnie zna to uczucie. Ładnie i dokładnie zwijamy kabelki słuchawek od odtwarzacza mp3, wkładamy je do kieszeni, a gdy po jakimś czasie je stamtąd wyciągamy to ~!@#$%^&*. Jak to możliwe? Czy jest to spowodowane działaniem jakiegoś prawa fizyki, czy może po prostu w każdej ze słuchawek siedzi złośliwy chochlik?
Nie ważne jednak, czemu tak się dzieje. Po prostu - trzeba z tym skończyć. Proponuję wyprodukowanie albo słuchawek, które nigdy się nie plączą, albo takich, które jeśli już się zaplączą, to potem łatwo, co najwyżej jednym ruchem dadzą się rozplątać.
A dzięki temu wynalazkowi życie stanie się - dosłownie - prostsze.

Bateria z wyczuciem chwili
Jest to zmora przede wszystkim posiadaczy telefonów komórkowych, ale także osób, które korzystają z jakichkolwiek innych urządzeń na baterie. Skupmy się jednak na komórkach. Gdy te małe diabelstwa nie są potrzebne - trzymają energię i nie chcą się rozładowywać. Gdy zadzwoni jakiś telemarketer lub przyjdzie sms zachęcający do wzięcia udziału w super konkursie - bateria wciąż ma się dobrze. Ale kiedy znajdziemy się w naprawdę kryzysowej sytuacji, w której od wykonania telefonu będzie zależało nasze zdrowie i życie - bip i koniec.
W tym wypadku znowu należałoby zastosować czytnik myśli, podobny do tego w wyżej wspomnianym super zegarku. Dzięki temu bateria w telefonie komórkowym (oraz w innych urządzeniach) po prostu wiedziałaby, kiedy może się rozładować, a kiedy nie.

Grzejąco-chłodząca kurtka
Problem, na jaki natykam się podczas każdej wiosny, jesieni, a w tym roku także zimy. W co się ubrać, żeby nie zmarznąć i jednocześnie się nie przegrzać? Jedynym rozwiązaniem tego problemu w obecnej chwili byłoby noszenie ze sobą co najmniej dwóch kurtek na przebranie. Często jednak temperatura zmienia się tak często, że należałoby przebierać się niemal co chwilę. A i tak w pewnym momencie okazałoby się, że jedno nakrycie grzeje za mało, a drugie za bardzo.
Wiem, że robią już kurtki, które działają jak koc elektryczny. Ale nie o to chodzi. Prawdziwą sztuką byłoby stworzenie ubrania, które monitorując parametry naszego ciała, samo wiedziałoby jak bardzo podkręcić ogrzewanie. Albo nawet - kiedy włączyć chłodzenie.
Do kompletu przydałyby się działające na podobnej zasadzie dżinsy, oraz buty, które nie tylko się nagrzewają, ale na dodatek - jeśli przemokną, to później wyschną w jednej chwili. I żadne zawirowania atmosferyczne nie będą wtedy nikomu straszne.

Komputer z którym można się dogadać
Kto nigdy nie nawrzeszczał na swój za wolno działający komputer, niech podniesie rękę do góry. Nikt się nie zgłasza? Tak właśnie myślałam.
Kiedy ostatnio moja koleżanka z pracy zaczęła krzyczeć na swój pecet - ktoś inny stwierdził, że maszyna i tak jej nie usłyszy, bo nie ma podłączonego mikrofonu.
A gdyby tak komputery naprawdę potrafiły wyczuć naszą złość, usłyszeć i zrozumieć kierowane w ich stronę przekleństwa oraz poczuć, jak nerwowo uderzamy je w klawiaturę lub szarpiemy za mysz? I gdyby taki pecet w odpowiedzi wyświetlił nam komunikat typu "sorry, robię co mogę, ale naprawdę szybciej tego nie przeliczę", albo "jak wyłączysz muzykę i grę w którą grasz, to lepiej poradzę sobie z tym renderowaniem, słowo!". Może nasz gniew by wtedy ostygł, może przestalibyśmy się stresować?
Oczywiście istniałoby niebezpieczeństwo, że nasz komputer strzeliłby focha i zawiesił się na amen. Ale przecież wtedy zawsze można by było go zrestartować.

To wszystko. Więcej pomysłów póki co nie przychodzi mi na myśl. Ale może wy jakieś macie? Jeśli tak to napiszcie - niech naukowcy mają inspirację do tworzenia kolejnych wynalazków!

Krótkie Dyrdymały


19.07.2011
Hurra, konto FilmWebu
na YouTube zostało
reaktywowane! :)
--------------------

28.06.2011
Konto FilmWebu na YouTube
zostało usunięte,
ponieważ według
Twentieth Century Fox
łamało prawa autorskie.
Jest to kolejny
dowód na to,
że amerykańskie wytwórnie
filmowe są głupie
i nie mają pojęcia
o czymś takim, jak
dobry PR i promocja
produktów w internecie.
--------------------

16.06.2011
Nowa opcja wyszukiwania
grafiki w Google
- genialna.
Tylko dlaczego, cholera
wprowadzili ją akurat
podczas sesji?!
Teraz zamiast się uczyć,
bawię się w wyszukiwanie
obrazków.
Głupi Google!
--------------------

15.06.2011
Wyszłam z domu,
żeby obejrzeć
zaćmienie księżyca,
a tu mimo braku chmur
- księżyca nie widać.
Czyżby ukradł go
Zimny Lech spod Wawelu?
--------------------

29.03.2011
Zagadka na dziś:
to z kartą graficzną
w moim komputerze
coś jest nie tak,
czy FireFox 4
po prostu nie działa,
jak należy? ;(
--------------------

28.03.2011
Pierwsze trzy odcinki
Breakout Kings
były OK.
Oglądam dalej! :)
--------------------

24.03.2011
Poziom ważności
aktualizacji wg
Windows 7:
bardzo ważna
aktualizacja,
niezbędna do
prawidłowego funkcjonowania
systemu - Bing Bar;
aktualizacja
mniej ważna -
antywirus.
Hmm... ciekawe...
--------------------

22.03.2011
Złośliwość losu:
przez całą zimę
ani razu się nie
przeziębić, a potem
rozchorować się
na wiosnę.
--------------------

19.03.2011
Zimo, wyp*erdalaj! :(
--------------------

18.03.2011
127 godzin -
choć wiedziałam, jak
się skończy, to i tak
bolało mnie,
gdy go oglądałam.
Świetny film!
--------------------

2.03.2011
Seriale w wersji mini.



Creative Commons logo

Add to Google