February 12th, 2009

avatar

Zakichany tydzień

Czyli krótki post o katarze. O tym, że leczony trwa siedem dni, a nieleczony tydzień.

Na początku bagatelizowałam i myślałam, że to wszystko inne tylko nie to. Mówiłam sobie "Hołka, nie przejmuj się, to tylko ogólne osłabienie spowodowane sesją egzaminacyjną. Odeśpisz zarwaną noc i wszystko będzie dobrze". Ale wcale nie było lepiej. Po jednej chusteczce musiałam sięgnąć po następną, kichałam prawie non stop i coraz bardziej zdawałam sobie sprawę z tego, że tak naprawdę stało się to, czego tak bardzo się obawiałam - rozchorowałam się.

Wykorzystałam to, że musiałam wybrać się na wycieczkę do centrum i zaopatrzyłam w różnego typu medykamenty, które - wedle tego, co mówią reklamy - stawiają na nogi niemal natychmiast. Co prawda nie liczyłam na żadne cuda, ale chciałam przynajmniej móc usiedzieć przy biurku i uczyć się do ostatniego egzaminu.

Nic z tego. Wygrzebanie się z łóżka było wielkim wyczynem. Samo zmuszenie się do tego by sięgnąć po książki - zakrawało niemalże na mission impossible. A gdy już udało mi się do tego wszystkiego doprowadzić - kapiący nos zaczynał kapać jeszcze bardziej, z każdym kichnięciem uciekało ze mnie coraz więcej sił i właściwie po bardzo krótkiej chwili stwierdzałam, że chyba jednak wrócę do łóżka.

Najgorsze w tym wszystkim było jednak to, że poza problemami, jakie mam przy każdym przeziębieniu (czy nos nie odpadnie mi przy najbliższym kichnięciu?), pojawiły się także nowe kłopoty - związane z tym, że byłam poza domem, zdana praktycznie tylko na siebie. Problemy te były natury bardzo materialnej i wiązały się z dwoma pytaniami: 1) czy starczy mi do jutra chusteczek? 2) czy starczy mi do jutra jedzenia?

Z tego też powodu w sobotę, gdy poczułam się odrobinę lepiej postanowiłam uzupełnić zapasy i wybrałam się do najbliższego sklepiku osiedlowego. I tu czekała mnie kolejna niemiła niespodzianka. Choć wiem, że ceny w takich miejscach są trochę zawyżone, to nie przypuszczałam, że zapłacę za wszystko aż TAK DUŻO.

Wspominałam, że poczułam się lepiej? No cóż, spacer niestety nie zrobił mi dobrze, bo w niedzielę, czułam się jeszcze gorzej, niż wcześniej.

Ostateczny pojedynek z katarem nastąpił w poniedziałek, kiedy to postanowiłam wziąć się w garść i mimo wszystko usiąść nad książkami. Nie było łatwo, ale następnego dnia czekał mnie egzamin, więc niestety nie miałam innego wyjścia.

Ale to nie koniec przygód, moi drodzy czytelnicy, bo największa niespodzianka czekała mnie we wtorek rano. Obudziłam się bowiem... zdrowa! Słowo daję - katar znikł niemal zupełnie, temperatura spadła, kichanie ustało. Nie musicie mi wierzyć, jeśli nie chcecie (z resztą - koleżanki z roku też dziwnie na mnie patrzyły, gdy im powiedziałam, że byłam chora)

W każdym razie, morał z tej historii jest taki, że gdy złapie was katar, to bez względu na to, czego nie będziecie robić, to i tak przygotujcie się na co najmniej tydzień kichania.

Aha - jeśli kogoś to interesuje - egzamin zdałam.