April 5th, 2009

pióro

Droga była długa, ale w końcu dotarłam do celu.

Hej ludziska, to znowu ja! Męczy mnie talent i rozpiera energia (pewnie dlatego, że wiosna przyszła). A poza tym po południu ucięłam sobie drzemkę, a potem, żeby się rozbudzić wypiłam kawę, więc teraz spać nie mogę.
I w związku z wszystkim powyższym, piszę następny post (bo niby jest już jutro, ale przecież od poprzedniego wpisu minęło mniej, niż 24 godziny). A co się będę hamować, prawda?

Napiszę wam o coś na temat głupot, które tworzę. Otóż w końcu udało mi się skończyć kolejny rozdział Przygód Merivien Freix. I choć to brzmi banalnie, to naprawdę jest z czego się cieszyć. A to dlatego, że jakoś ostatnio nie miałam czasu, weny i ochoty, co spowodowało, że rozdział pisało mi się naprawdę bardzo, bardzo długo. Będzie kilka, jeśli nie kilkanaście miesięcy.

Powodów tych problemów i opóźnień było naprawdę wiele. Jak już pisałam, troszeczkę zabrakło czasu (w poprzednim semestrze na przykład byłam dość porządnie zagoniona). Na pewno zabrakło ochoty (bo po prostu nie chciało mi się siąść i wziąć pióra do ręki). Ale przede wszystkim zabrakło weny i pomysłów.

Wiedziałam, że Merivien musi przejść z punktu A, do punktu B. Ale też zdawałam sobie sprawę z tego, że podróż nie może trwać kilka stron, bo to by było zbyt proste. Po drodze pannę Freix musiało więc spotkać kilka niefortunnych zdarzeń. I choć w mojej głowie istniało parę mglistych pomysłów, to nie potrafiłam się skupić i zobaczyć tego wszystkiego bardziej szczegółowo. Dodatkowym problemem było to, że nie umiałam tych zdarzeń połączyć ze sobą w logiczną całość, tak, żeby jedno wynikało z drugiego.

To z kolei sprawiło, że co prawda udało mi się wsadzić Merivien w siodło i wysłać ją w podróż, ale już nie wiedziałam jak prowadzić ją dalej. No i efekt był taki, że Freix utknęła na górskiej przełęczy i tkwiła tam naprawdę bardzo długo.

W garść wzięłam się ostatnio. Pogoda jak wiadomo dopiero teraz zrobiła się ładna. Wcześniej była paskudna, a to nie zachęcało mnie ani do wychodzenia z domu, ani tym bardziej do chodzenia do położonej daleko biblioteki. Z kolei niska frekwencja w bibliotece sprawiała, że nie miałam materiału do pisania pracy seminaryjnej. Postanowiłam więc nie marnować czasu i zamiast jednej rzeczy pisać inną.

Tak więc, jak tylko po zimowych feriach wróciłam do Krakowa, załadowałam do mojego wiecznego pióra nowy nabój i kontynuowałam wędrówkę. Wciąż miałam w głowie tylko te same, mgliste pomysły. Ale postanowiłam się tym nie przejmować i liczyć na to, że wszystko ułoży się w trakcie pisania.

Ciągle szło mi kiepsko - Merivien ślamazarnie brnęła z jednej strony na następną. Hamowało mnie (i ją przy okazji też) kilka rzeczy. Przede wszystkim z powodu wykładów z literatury oraz lektur, które w ramach tych wykładów miałam przeczytać, stanowczo za bardzo uświadomiłam sobie, że choćbym nie wiem jak bardzo się starała i tak nie uda mi się stworzyć nic oryginalnego. Nie mówię, że wcześniej nie zdawałam sobie z tego sprawy. Ale po prostu, teraz uświadomiłam sobie to wszystko jeszcze bardziej. I to strasznie mi ciążyło.

Następną przeszkodą było to, że wiedziałam, dokąd Merivien zmierza. I bałam się tego, co chciałam jej pokazać na Północnym Wybrzeżu. Ten lęk sprawiał, że jeszcze bardziej opóźniałam jej dotarcie do tego miejsca. I choć część z czarownicą napisałam głównie po to, żeby zakpić z pewnych stereotypów, to boję się, że zrobiła się z tego niepotrzebna zapchajdziura.

W końcu zaprowadziłam Merivien tam, gdzie chciałam i pokazałam jej to, co zamierzałam. Nie wiem, czy mój pomysł był dobry. I tym bardziej nie mam zielonego pojęcia, jak ocenią to ci, którzy ten rozdział książki kiedyś przeczytają. A jeśli się im nie spodoba, to jak to skomentują? Czy powiedzą, że pomysł był śmieszny, niepoważny albo głupi? Nie mam pojęcia, ale naprawdę boję się tego, jak ten fragment może zostać w przyszłości przyjęty.

Nie wiem, czy z racji tego, że byłam na niepewnym gruncie, czy może dlatego, że akcja trochę przyśpieszyła - w każdym razie, bardzo szybko przejechałam przez Północne Wybrzeże.

Dziś przeszłam ostatni etap zaplanowanej podróży. I znowu nie jestem do końca zadowolona, bo napisałam nie to, co planowałam. Ot, słowa ułożyły się w taki, a nie inny sposób i wyszło z tego to, co wyszło. Nie mówię, że moje pióro samo pisało, co chciało. Nic z tych rzeczy. Po prostu znów miałam tylko mglisty obraz tej części rozdziału. Ale istniało kilka szczegółów, co do których miałam pewność. A w trakcie pisania okazało się, że akurat właśnie z tych wcześniej zaplanowanych rzeczy trzeba zrezygnować i zamiast tego napisać coś innego.

W końcu jednak udało mi się - po długiej, trudnej i ciężkiej podróży razem z Merivien dotarłam do celu podróży. Mam nadzieję, że kolejny rozdział przyjdzie mi napisać z większą łatwością. Zwłaszcza, że tym razem wiem już dokładniej jaki będzie przebieg zdarzeń (choć ponownie - boję się tego, co chcę napisać, tak samo jak w przypadku opisu Północnego Wybrzeża).

Na koniec dodam tylko, że jest jeszcze jeden problem - mianowicie nowy rozdział chcę napisać wciąż będąc "na fali" (domyślcie się sami, o co mi chodzi). A to z kolei spowoduje, że rozdziału dzisiaj zakończonego w najbliższym czasie nie przepiszę na komputer. Więc, raczej nie pojawi się w sieci dość szybko. Ale pojawi się na pewno - muszę przełamać to, że (zupełnie przypadkiem) zamieszczam na stronce tylko parzyste rozdziały moich wypocin.