April 23rd, 2009

walking

Spacer po Skałkach

Zrobiłam tag "itinerariusz", więc trzeba teraz napisać coś, co można by pod niego podpiąć.

Dziś będą małe wspominki dotyczące zeszłego tygodnia. Bo też dokładnie tydzień temu, w czwartkowe popołudnie, postanowiłam wykorzystać dobry humor spowodowany wielkim szczęściem, jakie mnie spotkało i ponownie wypróbować moją nową zabawkę - tym razem w plenerze. (rany, chwalę się wam tym wszystkim jak głupia... obiecuję, że już nie będę, słowo! ;) Dlatego też po obiedzie wybrałam się na spacer przez Skałki Twardowskiego do Zalewu Zakrzówek.

Tu przy okazji należy się małe wyjaśnienie. Bo tak samo, jak Zakopiańczycy rzadko chodzą po górach, a Krakowiacy prawie nigdy nie zaglądają na Wawel, tak i ja, przez trzy lata mieszkając w Pychowicach, może ze dwa razy byłam na Skałkach, choć codziennie przejeżdżam koło nich, jadąc na kampus UJ.

Pamiętam, że raz wędrowałam przez Skałki wieczorem i wtedy zrobiły one na mnie wielkie wrażenie, bo nie dość, że było wtedy już trochę ciemno, to jeszcze wokół unosiła się mgła. I z tej mgły co chwilę wyłaniały się białe, wapienne skały. Cudo!

Tydzień temu mgły nie było, za to ładnie świeciło słoneczko i wszystko wokół budziło się do życia. Dlatego zrobiłam masę zdjęć kwiatkom, kwitnącym drzewom i innym kwiatkom. No cóż, trochę tych kwiatków było.

kwiatki

Wędrowałam powoli przed siebie, bez mapy, mając tylko pewne przybliżone pojęcie dotyczące tego, gdzie jestem i w którym kierunku powinnam iść, żeby trafić nad Zalew. Szybko zeszłam z głównej drogi, na jakąś boczną - a że tych wydeptanych przez ludzi ścieżek jest na Skałkach strasznie dużo - kilka razy zdarzyło mi się zrobić pętlę i wylądować z powrotem w tym samym miejscu. Mimo to nie narzekałam. Wręcz przeciwnie - bardzo lubię spacerować w taki sposób, z dala od głównych tras. Bo wędrując tak można natknąć się na rzeczy, których nie sposób dostrzec, gdy idzie się drogą wyznaczoną przez mapę.

Nie wiem, czy z racji tego, że na Skałki Twardowskiego zaglądam tak rzadko, czy może właśnie przez to, że będąc na tam zawsze trochę się pogubię i  przez to nigdy nie udaje mi się przejść przez to miejsce dwa razy tą samą trasą - w każdym razie - zawsze udaje mi się natknąć na coś, czego wcześniej nie widziałam. Umówmy się, że to taka magia tego miejsca, dobrze? :)

Tydzień temu udało mi się natrafić na ruiny. Jak się zapewne domyślacie - nigdy wcześniej nie wiedziałam, że na Skałkach jakiekolwiek ruiny się znajdują. Całość wyglądała jak jakieś bunkry z czasów drugiej wojny światowej. Co to jednak dokładnie było? Trochę pogooglałam i wyszło mi, że właśnie na terenie Skałek Twardowskiego znajdował się Szaniec FS-29 Zakrzówek - element XIX-wiecznej Twierdzy Kraków. Nie wiem co prawda, jak "odkryte" przeze mnie ruiny mają się do tego szańca, ale przyjmijmy, że to był właśnie jego fragment.

ruiny

Po kluczeniu zawiłymi ścieżkami w końcu dotarłam do celu mojej podróży - nad Zalew Zakrzówek. Białe wapienne skałki i nieruchome, błękitne lustro wody, w którym odbija się niebo. Zakochałam się w tym miejscu od pierwszego wejrzenia. I nieraz, gdy przejeżdżam obok zatrzymuję się tylko po to, żeby sobie na to wszystko popatrzeć. Nie wiem czemu, ale to miejsce zawsze kojarzy mi się z latem, wakacjami i Morzem Śródziemnym (oczywiście nie byłoby tak pięknie, gdyby nie było jednego ALE: bo w tle widać bloki, które trochę psują cały krajobraz).

Tym razem dodatkowym utrudnieniem było to, że nie tylko ja skorzystałam z ładnej pogody - nad Zalewem odpoczywała masa ludzi. Było tłoczno i było głośno. Ale na szczęście cały ten zgiełk nie popsuł mi humoru. I udało mi się zrobić kilka fotek, bez ludzi na horyzoncie.

zalew

Obeszłam Zalew dookoła, potem z powrotem przez Skałki wróciłam do ulicy Tynieckiej, a stamtąd do domu. Spacer był niekrótki bo trwał jakieś trzy godziny. Ale warto było.

Napstrykałam trochę fotek. Wszystkie możecie obejrzeć na mojej stronie www. Zapraszam.

No i to chyba tyle na dzisiaj. Chciałam wam jeszcze napisać o mojej ostatniej wędrówce na Gubałówkę, ale to następnym razem, jak znajdę czas, siłę i ochotę.