April 26th, 2009

walking

Pasterskim szlakiem

Tak, jak wam obiecałam, dziś będzie zaległy opis, wycieczki (znowu) sprzed tygodnia.

Kiedy byłam mała, razem z moim tatą i siostrą czasami chodziliśmy na grzyby do lasu, który zaczynał się niedaleko naszego domu, a kończył na Gubałówce. I choć nigdy nie udało się nam znaleźć wielu grzybów, wszystkie te wycieczki wspominam z wielkim sentymentem. Między innymi z tego powodu postanowiłam przejść się starym, dawno już przeze mnie nieuczęszczanym szlakiem.

W wyprawie znowu towarzyszył mi mój pies - tym razem także ze względów bezpieczeństwa. Wiecie, podobno zwierzęta zawsze potrafią znaleźć drogę do domu. A w lesie jednak zgubić się nietrudno.

Tak więc razem z Luką w odpowiednim momencie zeszłyśmy z głównej, gruntowej drogi i wkroczyłyśmy do lasu. I choć przez ostatnie lata wiele rzeczy w Zakopanem uległo zmianie, to część na szczęście pozostała niezmieniona. I tym sposobem, zupełnie tak samo jak wiele lat wcześniej znalazłam się na pasterskim szlaku.

Tak tą "drogę" nazywam. Nie wiem, czy oficjalnie zwie się inaczej i czy w ogóle posiada jakąś nazwę. W każdym razie jest to trasa, którą pasterze prowadzą owce na pastwiska. I jest ona wciąż używana - na ziemi bez trudu można dostrzec ślady racic ( i baranie bobki).

Samej wędrówki właściwie nie ma co opisywać. Ot, szłam powoli przed siebie, uważając by nie potknąć się o wystające korzenie lub nie poślizgnąć, gdy schodziłam w dół stromym, błotnistym zboczem. Trasa była zróżnicowana - momentami szłam się przez las, w którym poza drzewami nie rosło nic więcej. Czasami zaś stąpałam po miękkim mchu, a wokół mnie z ziemi wyrastały młode paprocie. Czasami szłam pod górę, czasem z górki - kilka razy przechodziłam przez parowy, na dnie których płynął wartki potoczek.

las

W końcu jednak las się skończył, a ja wyszłam na asfaltową drogę prowadzącą prosto na Gubałówkę. A tam czekała mnie niespodzianka - spotkałam moją siostrę. I tak do domu wróciłyśmy razem, tyle, że już nie przez las, ale normalną drogą.

Wspomniałam, że na spacer zabrałam ze sobą mojego psa. No i podczas wycieczki odkryłam, że moja Luka ma niezwykłe "parcie na szkło". Słowo daję, gdy tylko wyciągałam aparat, mój pupil robił wszystko, byleby tylko znaleźć się w kadrze. A gdy już psiak zorientował się, że robię mu zdjęcia, za każdym razem cierpliwie, nieruchomo pozował. Taka z tej mojej Luki modelka. Naprawdę, nigdy nie spodziewałabym się po niej czegoś takiego. A skoro tak bardzo jej na tym zależy, niech sobie ma - jedna z galerii na mojej stronie jest poświęcona tylko jej osobie.

I na zakończenie: jedna z fotek mojego kochanego zwierzaka.

Luka