August 29th, 2009

walking

Podróżowanie, synonim wolności

Pod koniec 2007 roku, gazety rozpisywały się na temat Chrisa McCandlessa, jego szalonej filozofii życiowej oraz przede wszystkim tego, że facet w 1992 roku postanowił żyć zupełnie sam, na łonie natury, na dzikiej Alasce. Szum wokół tej postaci spowodowany był premierą filmu Into the Wild. W kilku artykułach, które w tym czasie przeczytałam, dziennikarze pokazali McCandlessa w niezbyt jasnym świetle, zazwyczaj przedstawiając go jako nieco szurniętego poszukiwacza przygód, którego pobyt na Alasce zakończył się w taki, a nie inny sposób z powodu jego niezbyt dobrego przygotowania do całej wyprawy. Przy okazji każda z tych notek prasowych zawierała "spoiler" mówiący o tym, jak cała historia się skończyła. Mimo to zainteresowałam się tą sprawą i naprawdę planowałam  zobaczyć Into the Wild w kinie. Ale niestety tak wyszło, że nic z tego nie wyszło. Film obejrzałam ostatnio, w ramach wakacyjnego nadrabiania kulturalnych zaległości. I muszę przyznać, że Into the Wild jest filmem, który każdy obejrzeć powinien.

Sean Penn, który był zarówno twórcą scenariusza, jak i reżyserem filmu pokazał historię Chrisa McCandlessa/Alexandra Supertrumpa zupełnie inaczej, niż dziennikarze. Film nie opowiadał tylko o zmaganiach bohatera na Alasce. Przedstawiał całą jego dwuletnią podróż, którą Supertramp rozpoczął w 1990 roku. Śledząc jego losy, nie tylko z każdą minutą coraz bardziej lubiłam głównego bohatera. Rozumiałam go i jednocześnie podziwiałam, że odważył się wsiąść do pociągu byle jakiego i odjechać - nieważne, gdzie. McCandlessowi udało się bowiem odzyskać to, co my wszyscy utraciliśmy - wolność. Facet był całkowicie niezależny - podróżował bez pieniędzy i bez mapy. Robił dokładnie to, na co miał ochotę, nie bacząc na to, jakie to może być niebezpieczne lub jakie mogą być konsekwencje jego czynów. I co najważniejsze - wcale nie trafił na Alaskę z powodu jakiegoś swojego widzimisię. Przez te dwa lata włóczenia się po Stanach tak naprawdę przygotowywał się do tamtej wyprawy. A potem dotarł tam, gdzie zamierzał.

Przede wszystkim jednak Supertramp cały czas przemieszczał się, podróżował. I moim zdaniem właśnie dzięki temu był wolny.

Nasuwa się jednak pytanie, czy żeby osiągnąć tą upragnioną wolność, należy tak samo radykalnie jak McCandless zerwać wszelkie kontakty z rodziną i przez dłuższy czas wieść żywot włóczęgi? Moim zdaniem nie. Przepis na wolność jest dużo prostszy. Wystarczy udać się w podróż, ale przemieszczać się o własnych siłach - nie samochodem, tylko pieszo lub choćby rowerem. Wyruszyć należy w miejsce nieznane, najlepiej dość odludne. I co najważniejsze trzeba na czas podróży ograniczyć lub całkowicie zrezygnować z korzystania z rzeczy elektrycznych, takich jak telewizor, komputer, internet lub telefon.

Wiem, że taki przepis jest właściwy. Bo jeśli zapytacie mnie, jaka była najwspanialsza podróż mojego życia, odpowiem bez wahania, że to nie były ani wczasy w Tunezji, ani w Grecji, ani w jakimś innym miejscu. Najlepiej wspominam wyprawę na Bornholm, który to zwiedziłam właśnie spełniając wszystkie wyżej wymienione założenia. I uwierzcie mi - wtedy to czułam się wolna, jak nigdy wcześniej.

Moje koleżanki, z którymi zdobyłam Bornholm wciąż pragną czuć się wolne tak samo, jak wtedy. Co roku wsiadają na rowery i jadą w coraz to bardziej odległe i nieznane miejsca. O ich podróżach można poczytać sobie TUTAJ. Ja już im nie towarzyszę. Zarówno przez to, że boję się, że za nimi nie nadążę, jak i dlatego, że brakuje mi odwagi, żeby wypuścić się tak daleko od domu.
Wybieram się za to na inne wyprawy. Krótsze i w gronie ludzi pedałujących w moim tempie. W tym roku na przykład razem z siostrą udałam się do Wągrowca (jak znajdę więcej czasu, to napiszę wam więcej o tej wyprawie). Tyle, że... no właśnie nie było już tak fajnie, jak na Bornholmie. Było zbyt "luksusowo" - miałyśmy telewizor w pokoju, a mojej siostrze telefon komórkowy prawie wcale nie odklejał się od ucha.
Było miejsce nieznane i odludne. Było ciągłe podróżowanie (choć zawsze na wieczór wracałyśmy w to samo miejsce, do naszej "bazy wypadowej"). Ale ostatni warunek nie został spełniony. Nie odzyskałyśmy całkowicie wolności.

Ale nie załamuję się i nie poddaję. Może za rok pojadę w inne miejsce. I może wtedy uda mi się ponownie poczuć to samo, co na Bornholmie. Może wtedy znów zostanę małym Supertrampem.