September 2nd, 2009

oczko

Od zmierzchu do świtu minie dużo czasu

Niektóre ekranizacje, które są gorsze od książkowych pierwowzorów. Inne są równie dobre. Czasem zdarzają się takie, które od książek są zupełnie inne. Ale można też natrafić na filmy, które są lepsze od książek, na których bazują.

W przypadku Zmierzchu film był równie dobry, jak książka, a nawet minimalnie lepszy.

Ale po kolei.
Jakoś sięgać po książkę mi się nie chciało, choć miałam ją w domu, pod ręką. Zaryzykowałam i obejrzałam film, bo wszyscy wokół chwalili, jakim ten Zmierzch jest wspaniały. Postanowiłam więc, że obejrzę ekranizację i jeśli ta okaże się ciekawa, to sięgnę po książkę.

Film mi się spodobał. Tak więc przeczytałam i książkę. Moje wrażenia opiszę wam jednak w odwrotnej kolejności, czyli zacznę od czytadła.

Początek był naprawdę niezły. Zamknięta w sobie nastolatka, która ze słonecznego Phoenix przeprowadza się do zimnego i deszczowego Forks. A potem tajemniczy chłopak w nowej szkole. Było nieźle - tajemnicza otoczka wokół niezwykłego Edwarda robiła swoje i sprawiała, że szybko pochłaniałam stronę za stroną, ciekawa tego, co wydarzy się dalej.

Potem jednak zagadka została rozwiązana i zrobiło się nudno. Ciągłe potknięcia Belli stały się irytujące. Jej palpitacje serca przyprawiały mnie o coraz większą złość. A to, że przy każdym spotkaniu z Edwardem dziewczyna mdlała z zachwytu, sprawiało, że ja wzdychałam - ale bynajmniej nie z radości.

Najbardziej książkę psuła więc główna bohaterka. Fabułę ratowała za to rodzina Cullenów. Bez Edwarda, bo zakochany wampir denerwował mnie tak samo, jak jego dziewczyna.

Film był bardzo wierną adaptacją książki. Kilka scen wycięto, kilka dodano, ale wydaje mi się, że fani powieści nie powinni mieć z tego powodu większych zastrzeżeń. Ekranizacja podobała mi się jednak bardziej, ponieważ nie pokazywała wszystkich wyżej wymienionych minusów Belli. Mniej potknięć, westchnień i omdleń oraz brak wewnętrznego monologu - dzięki tym ograniczeniom filmową bohaterkę lubiłam od początku, do końca.

Za to odwrotnie było z Edwardem - jego książkowa wersja nieznacznie, ale podobała mi się bardziej. Na stronach powieści wampir wydawał mi się arogancki i niegrzeczny. W filmie przypominał kogoś przestraszonego i pogrążonego w głębokiej depresji. Dodatkowo jakoś nie pasował mi aktor, który wcielił się w tą postać. A może po prostu nie pasowały mi jego włosy... sama już nie wiem. Jedno jest pewne - plakat z Edwardem nigdy nie zawiśnie na ścianie w moim pokoju.

A wracając do adaptacji - zabrakło w niej niestety miejsca na dokładniejsze przedstawienie Cullenów oraz innych pobocznych postaci. Ale zamiast tego rozwinięto wątek wampirów-ludożerców. A przez to cały film miał nieco niepokojący nastrój (książka była bardziej sielankowa... na tyle sielankowa, na ile pozwalał na to mroczny klimat Forks).

Podsumowując: choć Zmierzch nie jest moim zdaniem dziełem wybitnym, to nie jest też tak kiepski, jak w niektórych miejscach piszą. A film oceniam odrobinkę lepiej, niż książkę.

Saga o miłości wampira i śmiertelniczki ma aż cztery tomy. Teraz powstaje ekranizacja drugiej części. Film z chęcią obejrzę. Co do książki - na razie się wstrzymam, bo jakoś bardzo nie interesuje mnie dalszy ciąg. Może znowu zrobię to po obejrzeniu ekranizacji. Ale w takim tempie poznanie całej historii, od Zmierzchu, do Przedświtu zajmie mi dużo czasu.