December 15th, 2009

oczko

Goodbye Mr. Moody

Seriali nie powinno się oceniać tylko po tym, jak się zaczynają, ale także po tym, jak się kończą. Jeśli widz myśli "ojej, dlaczego to jest już koniec?!" świadczy to o serialu jak najlepiej. Z kolei, gdy po ostatnim epizodzie słychać donośne "uff, jak dobrze, że to już koniec!", znaczy to, że twórcy show nie wiedzieli albo kiedy, albo jak dobrze skończyć... Albo jedno i drugie.

Po trzech sezonach Californication stanęło moim zdaniem na krawędzi. Bo o ile pod koniec nie westchnęłam jeszcze z ulgą, że to już finałowy odcinek, o tyle nie będę zbyt szczęśliwa, jeśli powstanie czwarty sezon (a nie wiem, czy powstanie - nie chciało mi się tego sprawdzać... i właściwie, to nawet nie chcę wiedzieć).

I tak, jestem niedobrą dziewczynką i oglądam Californication. Ale czy to moja wina, że od samego początku serial wciągnął mnie zarówno fabułą, jak i losami poszczególnych bohaterów? A potem po prostu oglądałam dalej. I właściwie nie mam co do tego wyrzutów sumienia.

Pierwszy sezon był moim zdaniem naprawdę mistrzowski. Słodko-gorzki, przy czym obydwa te smaki były serwowane w odpowiednich dawkach. W każdym odcinku pojawiały się więc zarówno takie sceny od których ze śmiechu można było boki zrywać, jak i te smutne oraz takie, które naprawdę dawały do myślenia. Najważniejsi byli jednak bohaterowie, których mimo ich wszystkich wad, skrzywień i dziwnych upodobań, można było pokochać od pierwszego wejrzenia. Poza tym, mimo, że akcja toczyła się w bajkowej, kolorowej Kalifornii, a wszystkie postaci były zdrowo zakręcone, to jednak można było odnaleźć w tym wszystkim coś niemalże swojskiego.

Pierwszy sezon był genialny także pod względem zakończenia. Ostatni odcinek zamykał całą historię i robił to w taki sposób, że człowiek potem jeszcze długo wpatrywał się w ekran z bananem na twarzy.

Ktoś powiedział mi kiedyś, że wszystkie komedie romantyczne kończą się w chwili, kiedy on i ona wpadają sobie w ramiona i odchodzą w stronę zachodzącego słońca. Nikt nie pokazuje tego, co nastąpiło potem - pierwszych kłótni, rozczarowań, rutyny dnia codziennego i tak dalej.

Drugi sezon Californication postanowił podjąć ten temat i pokazać, co działo się po tym, jak Moody odzyskał miłość swojego życia. I to było ciekawe. Dodatkowo pojawił się problem numer dwa, czyli konsekwencje poprzednich czynów Hanka - i to także było niezłe. Wisienką na torcie był natomiast nowy bohater - Ashby, który to jak dla mnie jest głównym symbolem sezonu drugiego.
Seria także skończyła się happyendem, ale niestety już nie takim dobrym, bo mówiącym prosto z mostu "będzie sezon trzeci!"

No i sezon trzeci nastąpił. A wraz z nim - dość duże rozczarowanie. Akcja rozkręciła się dopiero w połowie serii. I choć było kilka naprawdę dobrych epizodów to jednak - w stosunku do poprzednich sezonów - trochę mało.
Tak, jak znakiem poprzedniej serii był Ashby, tak teraz pojawiła się Collini. Powiem jedno - postać była ciekawa. Z kilku źródeł wiem, że publiczność była z tej bohaterki zadowolona. Ale mnie ta baba przerażała. I choć jej tekst "Collini - out!" zapamiętam chyba do końca życia, to jednak - wolałam Ashby'ego i koniec, kropka.

Napisałam, że ważne jest to, jak serial się kończy. W przypadku trzeciego sezonu Californication finał ratuje resztę serii. Bo o ile wcześniejsze epizody były bardziej słodkie, niż gorzkie, o tyle ostatni odcinek był przesiąknięty goryczą. Proporcje zostały więc częściowo wyrównane. A Moody'emu po raz kolejny dane było odczuć, że to, z kim sypiał w przeszłości ma wpływ na jego obecne życie.

Tak jak po finale sezonu pierwszego uśmiechałam się od ucha do ucha, tak po ostatnim odcinku trzeciej serii poczułam straszliwy, wręcz przytłaczający smutek. Bo w końcu każdy z bohaterów Californication ma w sobie coś, co reprezentuje każdego z nas. A wszystkie główne postaci skończyły dość smutno.

Lubię Californication. Uwielbiam Moody'ego, jego rodzinkę i przyjaciół. Ale nawet taka sympatia ma swoje granice. I w tym przypadku tą granicą jest finał trzeciego sezonu. Tyle mi wystarczy, nie chcę więcej i mam nadzieję, że więcej nie będzie. Dalszych losów Hanka nie chcę znać. Dlatego żegnaj panie Moody. I proszę cię, już nie wracaj.