January 11th, 2011

house

Medycznej praktyki rok siódmy

Nie mam o czym pisać, więc dziś będzie o Housie.
Bywały przypadki medyczne mniej lub bardziej ciekawe. Bywały odcinki mniej lub bardziej porywające. Bywały też sezony mniej lub bardziej udane.
Twórcy serialu wiedzieli, że stworzyli bohatera, w którym można się zakochać, ale zdawali sobie też sprawę, że potem należy dbać o to, by do związku doktorka z widzami nie wdarła się rutyna. Stworzyli więc masę zwrotów akcji, których skutek czasem był lepszy, a czasem gorszy.

W czwartym sezonie wymieniono House'owych współpracowników. Ze starej ekipy lubiłam Chase'a i Cameron, w nowej ciekawy i na swój sposób sympatyczny wydaje mi się tylko Taub. Bilans wyszedł więc chyba na zero, jeśli nawet nie na minus.

W sezonie szóstym dokonano jeszcze większej rewolucji - zabrano doktorkowi coś, co było jego znakiem charakterystycznym, bez czego, jak się wydawało, House nie mógłby istnieć - tabletki. I mimo, że operacja była ryzykowna, to jednak pacjent przeżył. Nastąpiły jednak pewne komplikacje po całym zabiegu. Psychoterapia i to, że w jej wyniku doktorek postanowił być miły dla ludzi, jakoś niezbyt mi pasowały.

I tak z sezonu na sezon - choć raz było lepiej, a raz gorzej - to jednak mimo wszystko serial utykał coraz bardziej. I nie było w tym niczego dobrego.

A teraz nastał sezon siódmy, w którym znowu czekała na nas rewolucja.

Pierwszy odcinek był fatalny. House serwujący śniadanie do łóżka, House szepczący do ucha miłe słówka i tak dalej. Masakra. Pomyślałam wtedy "koniec świata naprawdę musi być bliski!"
Na szczęście w ostatnich minutach odcinka Cuddy powiedziała na głos to, o czym przez czterdzieści wcześniejszych minut myśleli wszyscy widzowie: kochamy House'a za to, że jest chamskim, kłamliwym draniem, a nie za to, że potrafi zmienić się w zakochanego kundla.
Na szczęście poza Cuddy i widzami, takie samo zdanie o doktorku mieli także scenarzyści. Pierwszy odcinek był na szczęście tylko ich głupim żartem.

W relacji House-Cuddy niewiele się zmieniło. Cały czas się przekomarzają i jedno lubi zrobić na złość drugiemu. Główna różnica polega na tym, że dawniej Cuddy mogła co najwyżej zagrozić doktorkowi dodatkowymi nadgodzinami w przychodni, a teraz nie boi się stwierdzić: "jeśli nie zrobisz tego, o co cię proszę, to seksu dzisiaj nie będzie". I to jest piękne. Żadnej ckliwości, żadnych maślanych oczu. House jest w związku, ale jego relacje z Cuddy są dokładnie takie, jakie lubimy oglądać.
Poza tym doktorek wrócił do ładu i równowagi, których nie mógł odzyskać po szóstosezonowym detoksie. A to także jest plus i to ogromny.

Na tym jednak zmiany w serialu się nie skończyły. Kolejna nowość to nowe napisy początkowe. Gdy je zobaczyłam, pomyślałam "hurra, w końcu to zrobili!". Moja radość jednak szybko minęła, bo filmik jest moim zdaniem do bani i w ogóle mi się nie podoba. House'owi należała się lepsza i ciekawsza sekwencja otwierająca.

Następną świeżynką jest nowa dziewczyna w zespole House'a. Nie rozumiem, kto wymyślił tą postać i dlaczego. Czy dziewucha miała być ucieleśnieniem nastoletnich fanek serialu? Cicha, trochę zakompleksiona, naiwna, z żelaznymi, ale zupełnie nieżyciowymi zasadami, nieco naiwna i głupiutka. Nie wiem, jak innym, ale mnie nie spodobała się ta postać.

Wiecie, kto moim zdaniem powinien pojawić się w zespole doktorka? Potężna murzynka mówiąca z południowym akcentem, która nie dałaby sobie w kaszę dmuchać i do której wszyscy (nawet House) czuliby jednoczesny strach i respekt. Taka bohaterka na każdą ironiczną i złośliwą zaczepkę House'a odpowiadałaby z jeszcze większą ironią i złośliwością (dzięki czemu doktorek w końcu miałby kogoś, z kim mógłby toczyć naprawdę zażarte potyczki słowne). Aha, i w wolnych chwilach czarnoskóra pani doktor śpiewałaby w chórku gospel. Tak, taka nowa, kobieca postać w serialu byłaby moim zdaniem idealna.

Jednakże mimo dwóch wcześniej przeze mnie wspomnianych niedociągnięć, siódmy sezon naprawdę mi się podoba. Tak bardzo, że niecierpliwie odliczam dni do nowego odcinka, który zostanie wyemitowany już w przyszłym tygodniu.

Liczę na to, że dla kolejnych epizodów siódemka okaże się cyfrą równie szczęśliwą, jak dla odcinków, które już były.