February 24th, 2011

oczko

Pióro silniejsze jest od stali i mocniejsze od mentalnych mocy mentalisty

Dziś będzie o dwóch amerykańskich serialach. O pierwszym pisałam już kiedyś na blogu, z kolei o drugim wspomniałam raz czy dwa w Krótkich Dyrdymałach.

Zacznijmy od tego pierwszego, czyli od Mentalisty.
Zachwyciłam się po obejrzeniu pierwszej serii. Początek sezonu drugiego sprawił, że byłam pod jeszcze większym wrażeniem. Potem jednak mój entuzjazm minął. Dlaczego? Problem polega na tym, że w tej mentalistycznej, serialowej maszynie popsuło się naraz wiele elementów. I choć na obecną chwilę usterki jakoś udało się naprawić i wszystko działa w miarę dobrze, to jednak co jakiś słychać zgrzytanie.

Pierwszym trybikiem, który nie działa jak należy, jest fabuła poszczególnych odcinków. W 99% przypadków winny pojawia się na ekranie na samym początku śledztwa, w 90% - udaje mi się domyślić, kto jest mordercą. Dodatkowo w każdym epizodzie rozwój wydarzeń wygląda podobnie. Wiem, że Mentalista jest serialem proceduralnym, ale bez przesady - jeśli użyje się wyobraźni, to okazuje się, że mordercę można by ująć na stojeden różnych sposobów. Dlaczego więc bohaterowie serialu wykorzystują na zmianę tylko trzy lub cztery możliwe opcje?

Kłopoty sprawiają też bohaterowie drugoplanowi. Lisbon stała się nudna i przewidywalna. Jeszcze gorzej jest z kolei z Rigsby'm i Van Pelt. Tylko Cho trzyma klasę tak samo, jak na początku serialu. Hightower jest ciekawą postacią, ale pojawia się niezbyt często i aż przykro patrzeć, jak jej potencjał się marnuje. Ostatnio z kolei w CBI zagościł nowy śledczy - LaRoche, który jest chyba najgorszym bohaterem, jaki kiedykolwiek pojawił się w serialu.

Zawodzi również główny serialowy czarny charakter - Red John. Jego tajemniczość była ciekawa przez pierwsze półtora sezonu. Potem jednak straciłam zainteresowanie. I ani finał drugiej serii, ani ostatnie wydarzenia z serii trzeciej nie były w stanie wywołać u mnie takiego dreszczyku emocji, jaki odczuwałam na początku serialu. Wiem, że każdy dobry bohater potrzebuje swojego złego antagonisty. Smurfy nie mogą istnieć bez Gargamela, Batman bez Jockera, a Patrick Jane - bez Red Johna. Z drugiej jednak strony - być może warto by zaryzykować i pozbyć się mentalistycznego czarnego charaktera. W końcu w filmowo-serialowym uniwersum istnieje też cała masa pozytywnych postaci, które funkcjonują bardzo dobrze bez swojego antagonisty. I może gdyby Patrick dołączył do tej grupy - cały serial jakoś by odżył?

Tak się bowiem składa, że osobą, która sypie najwięcej piasku w serialowe trybiki jest właśnie główny bohater. Początkowo oglądanie wygłupów Patricka było zabawne. A świadomość tego, że pod maską uśmiechu kryje się groźna, spragniona zemsty bestia - sprawiało, że postać pana mentalisty była niezwykle interesująca. Z czasem jednak wygłupy przestały śmieszyć, a ukryta w duszy Patricka bestia - przerażać. W obecnej chwili, gdy myślę "mentalista", staje mi przed oczami TAKI OBRAZ - owszem, na pierwszy rzut oka jest w nim coś intrygującego i niepokojącego. Jednak, gdy spojrzy się po raz któryś z kolei - nie ma w nim już niczego zaskakującego.
Dlatego, jak już napisałam - byłoby miło, gdyby Patrick w końcu dorwał Red Johna. Mogłoby to albo przynieść katharsis - zarówno głównemu bohaterowi, jak i całemu serialowi, albo doprowadzić do upadku serii - w obecnej chwili jednak nie byłby to spadek z dużej wysokości.

Na temat Mentalisty nie mam na obecną chwilę nic więcej do napisania (a i tak napisałam więcej, niż planowałam). Przygody konsultanta CBI spadły bardzo nisko na liście oglądanych przeze mnie seriali. Jednakże pustka, która pojawiła się na samym szczycie tejże listy musiała zostać czymś wypełniona. I tak też się stało...

Istnieją dwa rodzaje ludzi, którzy zastanawiają się, jak zabić człowieka: psychopaci i autorzy powieści kryminalnych. Rick Castle zalicza się do tych, którym płacą lepiej.
Pod wieloma względami Castle nie różni się od Mentalisty. Kalifornię zastąpił Nowy Jork, CBI - policja, a mentalistę - pisarz mający na koncie kilka bestsellerów. Tak samo mamy tajemnicze morderstwa, jest też pani policjant, do której główny bohater ewidentnie ma słabość.

Zasadniczą różnicą jest natomiast to, że Castle, w odróżnieniu od Patricka jest postacią dużo sympatyczniejszą i autentyczniejszą. Gdy się śmieje - widz wie, że facet naprawdę okazuje radość. I odwrotnie - gdy facet jest czymś zatroskany - także wiemy, że nie pogrywa sobie z nami, że martwi się na serio. Oczywiście można stwierdzić, że Castle miał na starcie łatwiej - scenarzyści nie zamordowali mu rodziny, tylko wręcz przeciwnie - podarowali mu kochającą matkę i córkę (oraz dwie lub trzy byłe żony - już nie tak bardzo kochane). Ale przecież nie tylko główny bohater czyni serial interesującym.

Scenarzyści podeszli do kwestii zagadek kryminalnych w zupełnie inny sposób. Przez labirynt podejrzeń, podążamy po nitce, do kłębka. Mordercę zazwyczaj widzimy dopiero w jednej z ostatnich scen, po drodze będąc świadkami kilku twistów i innych zawirowań w fabule. Dodatkowo twórcy dbają o to, by do serialu nie wdarła się rutyna. Czasem pojawia się więc odcinek nietypowy, utrzymany w konwencji zupełnie innej, niż reszta serialu: na przykład szpiegowskiej, steampunkowej lub gangsterskiej. To jednak wciąż nie wszystko - zdaje się, że wszystkie osoby zaangażowane w serial naprawdę dobrze się przy nim bawią i czasami ewidentnie puszczają oko do widza. Tak było między innymi w odcinku halloweenowym, w którym aktorzy przebrali się w stroje, które nosili grając role w swoich wcześniejszych filmach lub serialach.

Co jeszcze? Może to, że bohaterowie czasami drwią sobie z innych produkcji policyjno-kryminalnych. Funkcjonariusze z 12-go posterunku nie posiadają kosmicznych gadżetów, a wyszukiwanie odcisków palców w policyjnej bazie danych nie trwa pięć minut, tylko kilka godzin. Możemy więc pośmiać się razem z Castle'm, który dziwi się, że "w CSI tak to nie wyglądało" a "na Discovery mówili na ten temat coś zupełnie innego".

Oczywiście jednak, mimo tej dbałości o realia Castle jest serialem jak każdym innym, więc i tutaj możemy natknąć się czasami na pewne absurdy. Dla przykładu - detektyw Beckett bez większych problemów goni złoczyńców mając na nogach buty na dość wysokim obcasie. Ale czy to przeszkadza w oglądaniu? W żadnym wypadku - nie.

Castle jest jednym z tych seriali, które wywołają uśmiech nawet wtedy, gdy ma się za sobą paskudny dzień. Każdy odcinek jest nową, zaskakującą przygodą. A wszyscy bohaterowie - są postaciami, z którymi bez problemu można się zaprzyjaźnić. O dobrej jakości serialu najlepiej świadczy jednak to, że emitowany jest już jego trzeci sezon - a mimo to produkcja ani trochę nie straciła na świeżości i każdy nowy epizod jest równie zabawny, jak te w pierwszej serii.

W pojedynku Mentalista vs. Castle, nowojorski pisarz rozłożył przeciwnika na łopatki już w drugiej rundzie. Trzecią rundę także ma wygraną. Czy nastąpi runda czwarta?  O los Castle'a się nie martwię. Nie wiem jednak, jaką oglądalność w obecnej chwili ma Mentalista. Ale bez względu na to, jak potoczą się jego losy - wybacz Patricku, ale w obecnej chwili wolę kibicować Castle'owi.