February 25th, 2011

mahone

Śmierć, podatki i Księgowy

Istnieją trzy rodzaje filmowych zwiastunów: pierwsze robią mi "smaka" na film, drugie w ogóle nie wzbudzają mojego zainteresowania, a trzecie sprawiają, że myślę "na coś takiego na pewno nie wybiorę się do kina!" Trailery do Drive Angry zdecydowanie zaliczały się do tej trzeciej kategorii.


Kicz, prawda? Problem polegał jednak na tym, że w filmie zagrał William Fichtner. A czy ja mogłabym darować sobie zobaczenie Fichtnera na dużym ekranie? Oczywiście, że nie. Poszłabym na każdy film z jego udziałem - bez względu na to, jak beznadziejny by nie był.

Nie jestem jednak osobą bezkrytyczną. Dlatego też ostatnie kilka miesięcy minęło mi na przeklinaniu w myślach po kolei: Lussiera i Farmera - czyli osoby odpowiedzialne za napisanie scenariusza do filmu, agenta Fichtnera, za to, że znalazł dla Williama taką rolę, samego Fichtnera, za to, że postanowił wystąpić w takim filmie i żony Fichtnera za to, że nie wybiła mężowi z głowy tego, by podejmował się występu w tej produkcji.

Potem jednak w necie pojawiły się smakowite sneak peaki...



...i pomyślałam sobie "może jednak nie będzie aż tak źle?"
Przez ostatni tydzień, w internecie zaroiło się od recenzji dotyczących filmu. Kamień spadł mi z serca, bo wszystkie mówiły jednoznacznie "Fichtner ukradł film, ale poza nim DA nie prezentuje się zbyt dobrze".

Dziś odbyła się jednocześnie światowa i Polska premiera filmu. Pomyślałam więc "a co mi tam, po co czekać?" i przed powrotem do domu na weekend, wybrałam się na pierwszy, poranny seans, jaki udało mi się znaleźć.
Film zaczął się bardzo dobrze, bo od głosu Fichtnera lecącego z offu. A potem, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu - było coraz lepiej.

Drive Angry jest typowym kinem rozrywkowym. Fabuła jest błaha, wypełniona dużą ilością pościgów, wybuchów, strzelanin, mniej lub bardziej roznegliżowanych kobiet oraz starych, amerykańskich samochodów. A całość doprawiono szczyptą fantasy. Choć na pierwszy rzut oka może się to prezentować równie kiepsko, jak wstawiony na początku tego wpisu zwiastun filmu - w rzeczywistości scen beznadziejnie głupich nie było sporo. A reszta przypominała trochę szybką jazdę Maluchem - było głośno i trochę obciachowo, ale podróż okazała się ekscytująca i nie dłużyła się ani przez chwilę. Gdy na ekranie pojawiły się napisy końcowe, trochę szkoda było mi wychodzić z kina, bo nagle zapragnęłam, by ta szaleńcza jazda była nieco dłuższa.

Jedyne, co naprawdę nie wyszło w filmie, to 3D. Najlepsze efekty można było zobaczyć w zwiastunach. Resztę - moim zdaniem równie dobrze oglądałoby się w dwóch wymiarach. A trójwymiarowe okulary tylko przeszkadzały w odbiorze.

Fani Nicolasa Cage'a powinni być zachwyceni jego rolą. Osoby, które Cage'a nie lubią - zapewne stwierdzą, że wypadł on kiepsko. Osobiście uważam, że facet przez ostatnie kilkanaście lat niewiele zmienił sposób swojej gry aktorskiej - jego rola w DA nie jest więc ani lepsza, ani gorsza od innych.

Właściwie, to prawie wszystkie postaci w filmie zostały przestawione w taki sposób, że czuło się do nich sympatię i kibicowało się im od początku, do końca. Wyjątkiem od tej reguły był Billy Burke - grany przez niego Jonah King choć z założenia zapewne miał być straszny - wyszedł żałośnie.

Autorzy scenariusza do Drive Angry (wspomnieni wcześniej Lussier i Farmer) przedstawili w filmie dość ciekawą wizję piekła. W filmie miejsce to jest po prostu więzieniem. A Szatan nie jest jakimś sadystycznym demonem, który znęca się nad potępionymi duszami. Jest po prostu naczelnikiem tego zakładu penitencjarnego. Odpowiada za to, by skazańcy odpowiednio odbywali swoje kary. Jednak to, że wykonuje brudną robotę - wcale nie czyni go złym.

Główny bohater filmu - John Milton - jest człowiekiem, któremu udało się zrobić piekielnego prison breaka. Ale liczba dusz w piekle musi się zgadzać. Dlatego też w pościg za zbiegiem rusza grany przez Williama Fichtnera The Accountant, zwany po naszemu Księgowym.

account

Koleś nie jest jednak jakimś maniakalnym matematykiem, którego najlepszym przyjacielem jest kalkulator. To diabelnie interesująca postać. Przemierza ziemię w drogim, zawsze nieskazitelnie czystym garniturze. Niestraszne mu absolutnie nic: uzbrojeni w bejsbolowe kije łysi faceci, wybuchające cysterny z azotem, grawitacja oraz inne prawa fizyki. Jego jedynym celem jest dorwanie Miltona. Poza sprytem i nieziemskimi mocami, w ściganiu zbiega pomaga mu czuły węch oraz magiczna moneta o wielorakich zastosowaniach.

W wywiadach Fichtner powtarzał, że jego zdaniem Księgowy był kiedyś człowiekiem, potem jednak trafił do piekła i udało mu się zdobyć ciepłą posadkę w dziale administracji. Ale moim zdaniem jest to tylko jedna z wielu innych możliwych odpowiedzi na pytanie "kim jest Accountant?" Osobiście nieco inaczej zinterpretowałam tą postać. Podczas kilku rozmów Miltona z Księgowym, ten pierwszy pytał: "Kim jesteś? Lokim? Anubisem?" Wskazywałoby to więc na to, że pan Accountant nie był śmiertelnikiem, tylko jakimś pradawnym bogiem. Kolejnym argumentem, który mógłby za tym przemawiać, jest to, że jedyną bronią, jakiej boi się Księgowy, jest skradziony z piekła pistolet, nazywany God Killerem.
Ale - jak już napisałam wcześniej - jest to tylko jedna z wielu możliwych interpretacji tego, kim może być ta postać. A to, że Księgowego można postrzegać na wiele różnych sposobów - czyni go jeszcze bardziej interesującym.

Kilka anglojęzycznych opinii na temat granego przez Fichtnera bohatera mówiło, że facet jest jak T-1000. Moim zdaniem nie jest to jednak trafne porównanie. Accountant, jest złośliwy i arogancki, a możliwość przebywania na ziemi ewidentnie sprawia mu w jakimś sensie radość. Okazuje też całą masę innych uczuć. A to, jak wiadomo - nie byłoby możliwe, gdyby koleś zachowywał się jak terminator. Druga sprawa, że Księgowy definitywnie nie jest złym charakterem. Początkowo można co prawda odnieść inne wrażenie, ale pod sam koniec nie ma wątpliwości, że facet, choć z piekła rodem - jest pozytywnym bohaterem.

Rozpisałam się, a późno jest i wypada już kończyć. Podsumuję więc moje dzisiejsze dyrdymały krótko: Drive Angry nie jest arcydziełem, ale nie zalicza się też do filmów bardzo złych. Jeśli kiedyś zobaczycie tę produkcję - dajcie znać, jak się wam podobała.
Co się zaś tyczy Fichtnera - gdybym posiadała listę moich ulubionych postaci, w które wcielił się aktor, Księgowy na pewno znalazłby się na niej wysoko, na pewno w pierwszej dziesiątce, może nawet pierwszej piątce. Ale takiej listy "top ten" nie mam, więc nie powiem wam dokładnie, które Accountant zająłby miejsce.

To wszystko na dziś. Dziękuję za uwagę i dobranoc.