April 1st, 2011

avatar

Przygoda zupełnie przeze mnie nie zaplanowana


Dziś rano, wracając z kampusu na rowerze
dostrzegłam w krzakach dziwne, duże zwierzę.
Zapewne nie zawracałabym sobie tym głowy,
gdyby nie fakt, że stwór był cały zielono-seledynowy.

Na widok mojej odblaskowej kamizelki dziwadło "NASI!" krzyknęło,
po czym wskoczyło do latającego spodka i za mną podążyło.
Kosmiczny statek, niczym mucha, wokół mojej głowy szybował
a ufoludek bez przerwy "ET musi zadzwonić do domu!" wykrzykiwał.

Żal mi się zrobiło biedaka, więc telefon komórkowy mu podałam,
choć na myśl o rachunek za połączenie międzygalaktyczne ledwie oddychałam.
Na szczęście kosmita rozmawiał przez komórkę bardzo krótko,
a gdy skończył stwierdził: "Przylecą po mnie wieczorem. Do tego czasu może napijesz się ze mną wódki?"

Możliwość picia z kosmitą często mi się nie zdarza,
więc odpowiedziałam mu krótko, że tak, że się zgadzam.
Nim się obejrzałam, na pokład statku kosmicznego poszybowałam,
a później alkoholu z każdego zakątku galaktyki spróbowałam.

Wieczorem, wedle zapowiedzi inne zielone ludziki się zjawiły
"Piłeś, nie lataj!" powiedzieli mojemu nowemu przyjacielowi i na hol go zaczepili.
Jednak z tych kosmitów, to prawdziwi dżentelmeni byli - do domu mnie zaprowadzili,
grzecznie się ukłonili i miłych, seledynowych snów mi życzyli.

Morał z tej historii jest prosty i bardzo krótki:
noś odblaski, a zostaniesz zauważony i może napijesz się z obcymi wódki.

Wiem, że moje rymy są kiepskie - nie ważne czy na trzeźwo, czy może inaczej napisane,
ale w końcu dziś Pryma Aprilis, więc absurdalne historie mogą zostać w głupi sposób opowiedziane.
;)