May 31st, 2011

oczko

I po sezonie

Serialowy sezon 2010/2011 dobiegł końca. Pomyślałam więc, że w związku z tym warto napisać parę słów o kilku seriach na blogu. Zacznę od tych moim zdaniem najgorszych, skończę na najlepszych. Przy czym - jak zawsze nie będzie to numerowana "lista przebojów", bo czasem kilka różnych produkcji darzę taką samą sympatią.

Największym przegranym tego sezonu okazał się Boardwalk Empire. A miało być tak pięknie: była Ameryka lat dwudziestych, gangsterzy i Buscemi. Ale nic z tego nie wyszło. Skończyłam oglądać po kilku odcinkach. Szczerze mówiąc, nie potrafię nawet dokładnie wskazać, co mi się w serialu nie podobało. Po prostu, na samą myśl o tym, że miałabym obejrzeć kolejny epizod zaczynałam odczuwać jakiś wewnętrzny ból. I ostatecznie dochodziłam do wniosku, że prędzej zabiorę się za pisanie pracy magisterskiej, niż za nowy odcinek. A skoro produkcja przegrała z moją magisterką, to znaczy, że była naprawdę kiepska.

Odrobinę lepiej odebrałam Walking Dead. To znaczy: dotrwałam do końca sezonu, bo ten składał się jedynie z sześciu odcinków. Ale gdyby epizodów miało być więcej, to pewnie przygoda z tym serialem skończyła by się podobnie, jak z Boardwalk Empire.
Nie znoszę filmów o zombie i zapewne od Walking Dead trzymałabym się z daleka, gdyby w necie nie pojawiła się plotka, że w jednym z ostatnich odcinków może wystąpić William Fichtner. Informacje te na szczęście okazały się nieprawdziwe. Ale serial po pierwszym rzucie oka wydał mi się dość ciekawy (przy czym - bez zombiech oglądałoby mi się go jeszcze lepiej). Po tych początkowych epizodach, byłam tak ciekawa tego, co wydarzy się dalej, że postanowiłam sięgnąć do komiksowego pierwowzoru. Obrazkowa historyjka nie była zbyt powalająca (każdy zeszyt komiksu miał mniej więcej identyczną fabułę: główni bohaterowie uciekali, potem znajdowali bezpieczne miejsce, na końcu okazywało się, że wcale nie są bezpieczni i musieli zacząć uciekać dalej), ale jak się szybko przekonałam - była ona dużo ciekawsza od telewizyjnej adaptacji. Bo twórcy serialu postanowili dodać do całej historii kilka własnych pomysłów i w efekcie im dalej, tym show miał mniej wspólnego z komiksem. Niestety nie było to dobrym rozwiązaniem, bo w rysunkowym pierwowzorze była przynajmniej jakaś akcja, a w serialu - nie.
Największy błąd scenarzystów polegał moim zdaniem na tym, że zrobili z Walking Dead dramat obyczajowy z zombiakami przechadzającymi się w tle. To był zły pomysł. Bo jeśli bohaterowie już koniecznie muszą rozmawiać o sensie życia, to nie ma sprawy, ale niech nierobią tego w jakimś nudnym miejscu, tylko pomiędzy jednym, a drugim headshotem do żywych trupów. W serialu tego typu strzelanie do zmobiaków powinno zajmować co najmniej połowę czasu antenowego. Inne rozwiązania są niedopuszczalne.
I tak każdy kolejny odcinek Walking Dead był coraz głupszy i coraz nudniejszy. Efekt był taki, że pod koniec odetchnęłam z ulgą z dwóch powodów: po pierwsze dlatego, że już się skończyło, a po drugie - ponieważ na szczęście plotki okazały się nieprawdziwe i Fichtner się nie pojawił.

Nieco wyżej oceniam Glee. Przygody szkolnego chórku oglądałam do samego końca, dość regularnie. Ale po nowe odcinki sięgałam dopiero, gdy już nie miałam niczego innego do zobaczenia. I trochę się do tego przymuszałam, ale obiecałam sobie, że dotrwam do końca.
Pierwszy sezon był genialny, ponieważ opowiadał przede wszystkim o losach nauczyciela, który postanowił założyć chórek. W drugim sezonie fabuła skupiła się z kolei na uczniach, którym woda sodowa porządnie uderzyła do głowy. Z tego powodu stało się to, czego obawiałam się najbardziej: Glee z sympatycznego serialu, który bez wstydu mógł oglądać każdy, przeobraził się w głupi show dla nastolatków, który poziomem nie odstawał od innych, równie idiotycznych produkcji tego typu.
Było kilka fajnych odcinków, było kilka epizodów wzruszających do łez, ale co z tego, skoro reszta sezonu była po prostu do dupy. Nawet finałowy odcinek był nieporównywalnie gorszy od tego z zeszłego roku.
I co dalej? Jeśli chodzi o mnie, to niech sobie gleeki śpiewają, ale ja już nie będę im kibicować.

Podobnie jak Glee wrażenia nie zrobił na mnie w tym roku Mentalista. Obiecałam sobie, że dam Patrickowi ostatnią szansę i niestety, facet jej nie wykorzystał. Dlaczego nie? Bo serial po pierwsze stał się straszliwie przewidywalny, a po drugie - przestał być tak zabawny, jak był kiedyś. Jeżeli podczas oglądania prawie każdego odcinka po kwadransie wiedziałam, kto jest mordercą, to znaczy, że albo ja jestem zbyt mądra, albo scenarzyści niezbyt dobrze wykonywali swoją robotę. Poza tym nie potrafię powiedzieć dlaczego, ale po prostu przestały mnie obchodzić losy bohaterów serialu. Byłam tak znudzona, że nie miałam ochoty im nawet kibicować. Gdyby ktokolwiek z CBI zginął w którymś z odcinków, to zapewne po prostu wzruszyłabym ramionami, w ogóle się tym nie przejmując.
Finałowy odcinek niestety także nie był zaskakujący. Podano listę z podejrzanymi - od razu wiedziałam, kto będzie tym złym. I co? Zgadłam! Sztuczka z hotelem była ciekawa, ale znowu myślę sobie - pewnie morderca miał ze sobą linę po to, by zjechać z balkonu i zabić kogoś z niższego piętra... Znowu miałam rację. Domyśliłam się nawet, kim może być ten facet, który siedział obok Patricka w kawiarni. A samo zakończenie - znowu bingo! Tylko, cholera, coś takiego może być ciekawe przez jeden odcinek, a nie cały sezon. I tym bardziej - to w ogóle nie powinno mieć miejsca w odcinku finałowym. Dobrze jedynie, że zakończenie było takie, a nie inne. Bo teraz, nie zastanawiając się zbytnio, co będzie dalej, mogę zgodnie z tym,  co sobie obiecałam, powiedzieć Mentaliście "do widzenia".

Wczoraj wyemitowano ostatni w tym sezonie odcinek Breakout Kings. Ten serial znajduje się jeszcze na liście moich ulubionych, ale jest na szarym końcu, więc jeśli nie poprawi się w przyszłości, zapewne będę miała do niego podobny stosunek jak do Glee i Mentalisty.
Główną zaletą serialu jest chyba jego świeżość oraz to, że scenarzyści póki co wciąż znajdują pomysły na ciekawe więzienne ucieczki oraz późniejsze pościgi. Niektóre dialogi także są niczego sobie.
Największym gwoździem do trumny mogą okazać się główni bohaterowie. Ze wszystkich lubię jedynie Lloyda i tylko jemu kibicuję. Reszta mnie nie obchodzi. Najbardziej przeszkadzało mi to podczas oglądania finałowego epizodu. Bo niby powinnam się przejąć, poczuć napięcie i obgryzać paznokcie, ale nic takiego nie nastąpiło. Mam więc nadzieję, że scenarzyści dostrzegą tą piętę achillesową Breakout Kingsów i w przyszłym sezonie skupią się nieco bardziej na głównych bohaterach.
Troszeczkę przeszkadza mi też to, że samo łapanie zbiegów odbywa się szybko i bez poślizgów. Niby wiem, że takie jest założenie serialu. Ale rach-ciach, mija czterdzieści minut i skazaniec wraca do paki - to zbyt proste. Przydałoby się kilka spraw rozpisanych na dwa odcinki. Coś takiego na pewno rozkręciłoby akcję. Trzymam więc kciuki, by tak się stało w następnym sezonie.

Czasem zaskakuje mnie, że amerykanie potrafią zachęcić widzów o oglądania filmów lub seriali o najdziwniejszych, często nic nie znaczących tytułach. Czy polski, szanujący się widz poważnie potraktowałby serial zatytułowany "Frędzle"? Raczej nie. Tymczasem amerykanie nie mają takich problemów i udało im się nakręcić już trzeci sezon Fringe.
Gdy trzy lata temu, gdy zobaczyłam premierowy odcinek tego serialu, w ogóle mnie on nie zachwycił i nie kontynuowałam jego oglądania. W tym roku postanowiłam dać "Frędzlom" drugą szansę i o dziwo - coś zaskoczyło.
W drugim sezonie trochę drażniło mnie to, że pojawili się w nim zupełnie nowi przeciwnicy, a ci poprzedni zniknęli tak, jakby ich wcale nie było. Podobna sytuacja miała miejsce w sezonie trzecim.
Poza tym serial prezentował się naprawdę ok. Sympatyczni główni bohaterowie, ciekawe zagadki, niespodziewane zwroty akcji, dobrze wymyślony przewodni wątek. Uwielbiałam Obserwatorów oraz to, że gdy się uważało, w każdym odcinku można było dostrzec któregoś z nich w jakiejś scenie, gdzieś, na dalszym planie. Pomysł na istnienie świata alternatywnego - też genialny.
Ale muszę oczywiście trochę ponarzekać, bo jakżeby inaczej. Pierwsze dwa sezony były świetne. Ale trzecia odsłona serialu okazała się trochę nudna. To znaczy: nie podobały mi się odcinki, których akcja w całości działa się w alternatywnym świecie. Jeden lub dwa takie odcinki mogłyby być, ale więcej - to po prostu nie był najlepszy pomysł. Czemu? Znowu z powodu bohaterów. Lubiłam postaci z "naszej" rzeczywistości i to im kibicowałam. Tymczasem osoby z drugiego świata - choć wyglądały podobnie, to jednak były inne i kij mnie obchodziło, co się z nimi stanie.
Finał trzeciego sezonu - dość dziwny. Ale jednocześnie całkiem niezły, jeśli miałby być jednocześnie zakończeniem całego serialu. Tymczasem wyczytałam w sieci, że ma powstać czwarta seria. W związku z tym pytam, czy to żart i mam nadzieję, że właśnie tak będzie. Bo choć Fringe mi się podobało, to myślę, że trzy sezony wystarczą i nie ma co kombinować dalej.

Jakieś półtora roku temu, Eric Kripke, twórca serialu Supernatural zebrał wszystkie najważniejsze, odpowiedzialne za show osoby i powiedział: "Moi drodzy, stworzyliśmy razem pięć wspaniałych sezonów Supernatural. Mamy dobrą oglądalność, sporo fanów. Ale skończyły mi się pomysły na nowe przygody braci Winchesterów. Proponuję więc - zakończmy serial teraz, z klasą". Kripke liczył na chóralne TAK!, zamiast tego wszyscy odpowiedzieli mu ponurym milczeniem. Bo przecież szalał kryzys gospodarczy, a Kripke mówił w tej chwili tak naprawdę o tym, że chce pozbawić wszystkich zatrudnionych przy produkcji serialu roboty. Dlatego też po długiej chwili ciszy Kripke dodał: "Ale oczywiście jeśli nie chcecie, wcale nie musimy jeszcze kończyć serialu". Dopiero wtedy wszyscy krzyknęli z radością. A przyjęcie pożegnalne, które Kripke zorganizował na zapleczu studia filmowego zmieniło się w fetę dla uczczenia nowego, nadchodzącego sezonu Supernatural. Podczas imprezy, między jednym toastem, a drugim, ktoś o bardziej przytomnym umyśle zapytał: "No dobrze, ale o czym będzie nowy sezon?" Odpowiedziano mu: "Nie przejmuj się, coś się potem wymyśli".
Oczywiście nie mam pojęcia, jak naprawdę podjęto decyzję o szóstej odsłonie serialu Supernatural. Ale obstawiam, że właśnie tak to mogło wyglądać. Bo nowy sezon był totalnie niedopracowany, pełen głupich pomysłów i nowych postaci, które pojawiały się tylko po to, by po kilku epizodach zniknąć.
Jakieś przykłady? Proszę bardzo. Na początku sezonu Sam był pozbawiony duszy. Ale widzom się to nie podobało, więc w połowie sezonu, zupełnie niespodziewanie Sam swoją duszę odzyskał.  Pojawił się dziadek braci Winchesterów, ale widzowie go nie polubili. Więc co - oczywiście dziadek ni z gruszki, ni z pietruszki, został po jakimś czasie uśmiercony. Odwrotna, ale bardzo podobna sytuacja: Crowley - najfajniejszy demon, jaki pojawił się w całym serialu. Najpierw zginął, potem okazało się, że to była ściema.
Naprawdę odniosłam wrażenie, że scenarzyści nie mogli się zdecydować. Najpierw stwierdzali, że mają fajny pomysł i wprowadzali go w życie, nie zastanawiając się nad dalszą fabułą. A po jakimś czasie dochodzili do wniosku, że ich rozwiązanie wcale nie jest takie super i z niego rezygnowali.
Jakby tego było mało - pojawiały się odcinki, które w całości były tak beznadziejnie głupie, że po prostu nie mieściły się na mojej skali mojego miernika idiotyzmu.
Czarę goryczy przelał mój ulubiony bohater - anioł Castiel. Występy grającego go Mishy Collinsa w tym sezonie ograniczały się głównie do jednego: Castiel pojawiał się znikąd, pochmurnym tonem wypowiadał kilka zdań i znikał, głośno trzepocząc swoimi niewidocznymi skrzydłami. Scenarzyści nie tylko nie wykorzystali potencjału, jaki miał w sobie aniołek, ale dodatkowo nieco zniszczyli tą postać. Co w, nie wiem, czy to za sprawą gry aktorskiej Collinsa, czy może dlatego, bo tak chcieli reżyserzy - ale Castiel wydawał mi się w tym sezonie strasznie drewniany i nadęty - wcześniej był zupełnie inny.
Kolejnym powodem do narzekania jest dla mnie finał tego sezonu. Przez prawie cały odcinek Sam w swoich snach poszukiwał duszy. Nuda. Gdy w końcu zaczęło się coś dziać naprawdę, to chwilę później pojawiły się już napisy końcowe. Z resztą sama końcówka, choć może nieco zaskakująca, wcale mi się nie podobała.
Ale mimo wszystko będę oglądała serial dalej. W końcu wcześniej też zdarzały się gorsze sezony, po których następowały lepsze, może więc tym razem będzie podobnie?

W tym sezonie niepokonane znowu okazały się Gotowe na wszystko. Do Wisteria Line po kilku latach powróciło kilku dawnych mieszkańców. Jak to mówią: odgrzewane kotlety nigdy nie są dobre, jak te świeżo smażone. Ale i one mogą być zjadliwe. W przypadku Desperatek było podobnie. Bo choć ten sezon nie należał do najlepszych, to wciąż nie spadł poniżej pewnego poziomu. Było zabawnie, sympatycznie, wzruszająco, czasami mądrze, czasami strasznie. Każdy odcinek był jak promyk słońca i zawsze poprawiał mi humor. A skoro tak, to znaczy, że twórcy serialu mimo wszystko dobrze się spisali. Niecierpliwie czekam na nowy sezon.

Z Housem sprawy mają się tak, że serial z sezonu na sezon utyka coraz bardziej. Ale mimo to Hugh Laurie rządzi i dzięki niemu, bez względu na to, jak źle by nie było - show jest zjadliwy. Z resztą, w tym roku nie było aż tak źle... to znaczy - na początku nie było. Choć nigdy nie obchodziły mnie relacje "huddy" (czy jak to się tam "fachowo" nazywa), to okazało się, że Gregory i Cuddy mogą tworzyć razem naprawdę interesujący związek. Z tego też powodu - pierwsze docinki tego sezonu bardzo mi się podobały. Wszystko popsuło się, gdy para postanowiła się rozejść. Już samo powód rozstania był dla mnie trochę dziwny, nieprawdopodobny i ewidentnie wymuszony przez scenarzystów. House'owi zależało na Cuddy, a Cuddy na Housie - obydwoje powinni więc w zaistniałej sytuacji zachować się zupełnie inaczej. A tego nie zrobili.
Kolejne odcinki przedstawiające House'owe libacje - żenada, nuda i jeszcze raz żenada. Niewybaczalne potknięcie.
Potem było kilka lepszych odcinków, gdy z serialu wyleciała Masters (której nigdy nie udało mi się polubić), a na jej miejsce z powrotem wskoczyła Trzynastka. Ale mimo to po wspomnianym wyżej potknięciu serialowi nie udało się już podnieść.
Finał był dziwny, nienajgorszy, ale niestety forma przerosła w nim treść. Bo na początku wielkie halo, jakby doktorek co najmniej wysadził w powietrze połowę ulicy, a pod koniec okazało się, że wcale nie było takiej wielkiej tragedii (owszem, ktoś mógł zginąć, ale mimo wszystko nie było tak strasznie, jak wydawało się na początku). Końcowa scena - zaskakująca, ale nie powalająca.
Mówią, że przyszły sezon przygód doktorka ma być ostatnim. Trochę smutno, bo na początku pewnie będę się czuła chora bez tych cotygodniowych diagnoz. Z drugiej jednak strony - skoro serial zaczyna się kiepścić, to chyba rzeczywiście lepiej go zakończyć, niż czekać, aż dosięgnie dna. Byle tylko finałowy sezon był naprawdę na takim poziomie, na jaki House sobie zasłużył.

Z kolei zwycięzcą w tegorocznym zestawieniu jest Castle. Z kilku powodów. Przede wszystkim mimo, iż to już trzeci sezon, to serial wciąż ma się dobrze i jest równie interesujący, jak na początku. Główny bohater jest genialny, pozostałe postaci - sympatyczne i takie, że nie można im nie kibicować. Zagadki kryminalne - naprawdę zagadkowe. I tutaj (w odróżnieniu od Mentalisty) zazwyczaj nie wiem, kto zamordował.
Wszystkie odcinki w tym sezonie były świetne. Nie było żadnego, który podobałby mi się mniej. Najwyżej kilka, które były lepsze, niż reszta. A finał? Zaskakujący, przejmujący i wzruszający.
Oby w czwartym sezonie było równie dobrze... A istnieją duże szanse na to, że tak właśnie będzie.

Choć jak widać zdarzyło się kilka dobrych seriali, to niestety moim zdaniem ten sezon nie był zbyt udany. Za dużo produkcji, które do tej pory prezentowały się dobrze, teraz wypadła kiepsko. Za dużo nowości, które okazały się niewypałami. Ale tak to już jest: raz lepiej, a raz gorzej. Może więc od września będzie lepiej?