July 19th, 2011

oczko

Tajemnica spowiedzi

Kiedy chodziłam jeszcze do szkoły, za każdym razem, gdy lekcje religii prowadził jakiś ksiądz, prędzej czy później któryś z dzieciaków zadawał pytanie: "co by ksiądz zrobił, gdyby ktoś wyspowiadał się księdzu, że kogoś zabił?". Oczywiście każdy z katechetów odpowiadał zgodnie z tym, czego nauczono go w seminarium, że obowiązywałaby go tajemnica spowiedzi i nikomu nie mógłby wyjawić tego sekretu. Jeden z zapytanych odpowiedział nawet, że gdyby ksiądz był jedynym świadkiem morderstwa, to zabójca mógłby mu "zamknąć usta" spowiadając się. Po czymś takim duchowny nie mógłby zeznawać ani na policji, ani w sądzie.

Księża nie są jednak jedyną "grupą zawodową" którą obowiązuje tego typu poufność. Grzechów swoich klientów nie mogą wyjawiać także adwokaci. Co ciekawe, na pomysł podobny do tego z księdzem - świadkiem morderstwa, wpadł kilka lat temu amerykański powieściopisarz, Michael Conolly. W tym roku premierę miała ekranizacja jego ksiażki: The Lincoln Lawyer.

lincoln lawyer

Co mnie najbardziej urzekło w tym filmie? Chyba to, że mimo, iż akcja dzieje się we współczesnych nam czasach, bohaterowie używają telefonów komórkowych, internetu i innych bajerów, to wszystko inne sprawia wrażenie, jakby pochodziło z lat dziewięćdziesiątych albo nawet jeszcze wcześniejszej dekady. Nie wiem, czy stało się tak za sprawą tytułowego "adwokata z Lincolna" oraz jego samochodu, tematyki samego filmu, czy może innych rzeczy takich, jak kolorystyka obrazu lub ścieżka dźwiękowa. W każdym razie - Lincoln Lawyer posiada niezwykły klimat, który sprawia, że podczas oglądania nie odnosi się wrażenia, że jest to film z marca tego roku, ale właśnie sprzed kilkunastu ładnych lat.

Oczywiście wrażenie takie można też odnieść w dużej mierze z powodu tego, że Lincoln Lawyer jest pełny typowych dla filmów prawniczych rozwiązań, zwrotów akcji i innych oklepanych rzeczy. To wszystko już kiedyś było, nawet Matthew McConaughey pojawił się wcześniej w roli prawnika. Mnie jednak ta sztampowość nie przeszkadzała. Ale to może dlatego, że po obejrzeniu masy filmideł pełnych nadnaturalnych efektów specjalnych, efektownych wybuchów, wartkiej akcji i jeszcze szybszego montażu, Lincoln Lawyer był dla mnie miłą odskocznią, filmem, podczas oglądania którego mogłam złapać oddech.

Z resztą sama fabuła filmu składa się nie tylko ze standardowych, oklepanych rozwiązań. Głównym bohaterem jest Mick Haller - adwokat z LA. Koleś jest cwany, ma gadane i wie, jak przy pomocy kruczków prawnych odwrócić kota do góry ogonem, tak, by nawet największy drań został uznany za niewinnego. Gdyby chciał, bez problemu mógłby założyć własną kancelarię adwokacką i bronić sławnych oraz bogatych mieszkańców Miasta Aniołów. Ale nie - Haller woli być adwokatem złodziejaszków, drobnych handlarzy narkotyków i innych ludzi z niższych klas społecznych - tego typu praca jest dla niego ciekawsza.
Pewnego dnia Haller postanawia bronić kolesia oskarżonego o pobicie kobiety. Sprawa początkowo zdaje się być prosta, a klient niewinny. Potem jednak wszystko zaczyna się gmatwać i okazuje się, że nasz bohater wdepnął w naprawdę duże bagno - znajduje się mniej więcej w podobnej sytuacji, jak wspomniany na początku ksiądz, któremu wyspowiadał się morderca. Oczywiście Haller po złamaniu poufności jaka obowiązuje go w rozmowach z klientem, nie skazałby swojej duszy na potępienie, ale mógłby stracić licencję na wykonywanie zawodu. A tego nasz bohater by nie chciał. Adwokat musi więc jednocześnie spełnić swój zawodowy obowiązek i wybronić klienta, udowodnić jego winę oraz załatwić wszystko w taki sposób, by jego klient nie spełnił swoich gróźb i nie wymordował mu rodziny. Co z tego wszystkiego wyniknie - nie zdradzę, obejrzyjcie sami, bo moim zdaniem warto.

Wisienką na tym filmowym torcie bez dwóch zdań są aktorzy. Na ekranie pojawia się sporo znanych osób - zarówno takich z filmów, jak i z seriali. I co najważniejsze - wszyscy spisali się naprawdę dobrze. To znaczy bez szaleństw, nikt nie stworzył w filmie oscarowej kreacji - po prostu każda z postaci prezentuje się realistycznie i ciekawie.

Prawie na końcu chcę jeszcze napisać parę słów o Matthew McConaugheym (cholera, nigdy nie wiem, jak poprawnie napisać jego nazwisko). Nie pamiętam, czy po raz pierwszy zobaczyłam tego aktora w Czasie zabijania, czy może w Kontakcie. W każdym razie  facet zrobił na mnie wtedy naprawdę duże wrażenie. A później serce mnie bolało, gdy koleś przepadł w komediach romantycznych i innych głupich, niewartych oglądania filmach, w których na zmianę pokazywał widzom czarujące spojrzenie i rozbrajający uśmiech oraz (gdy producenci zapłacili mu więcej) swoją umięśnioną klatę. Ostatecznie wykreśliłam McConaughey'ego z listy moich ulubionych aktorów po obejrzeniu Sahary. Przy czym, żeby być sprawiedliwą muszę dodać, że byłam wtedy zła nie tylko z powodu ilości głupot, jakie zostały zaserwowane w filmie, ale przede wszystkim dlatego, bo wydałam ostatnie pieniądze z kieszonkowego na bilet do kina i okazało się, że nie była to najlepsza inwestycja.
Dlatego też dodatkowym bonusem w Lincoln Lawyer było dla mnie to, że wrócił McConaughey, którego lubię. I (choć wiem, że to złośliwe) mam nadzieję, że facet coraz częściej będzie się wcielał właśnie w takie role, bo od Czasu zabijania przybyło mu zmarszczek, a co za tym idzie - jeszcze kilka lat i koleś nie będzie już wystarczająco piękny, by grać w komediach romantycznych.

A już zupełnie na końcu wielkie WTF! należy się polskim dystrybutorom filmowym oraz wydawcom. Bo to wstyd, że tak dobry film nie pojawił się w kinach nad Wisłą, i że żadnej oficynie wydawniczej nie chciało się przetłumaczyć i opublikować książki Michaela Conolly'ego. Szkoda mi zwłaszcza tego drugiego, bo po obejrzeniu filmu chętnie przeczytałabym książkę, ale niestety po angielsku czytać mi się nie chce.
  • Current Music
    Joshua Radin
  • Tags