August 17th, 2011

walking

Filmy są jak pudełko czekoladek...

... bo nigdy nie wiadomo, co się akurat trafi.
Czasem tak się zdarza, że usłyszy się tytuł, zobaczy zwiastun lub przeczyta recenzję i człowiek myśli sobie "ach, więc ten film na pewno tak będzie wyglądał". I zazwyczaj okazuje się dokładnie taki, jak oczekiwaliśmy. Ale czasem jest zupełnie inaczej. Dzisiejszy wpis będzie o takich właśnie zaskoczeniach - zarówno tych pozytywnych, jak i negatywnych.

Percy Jackson
Kiedy kilka lat temu na półkach księgarń pojawił się cegłowaty, pierwszy tom przygód Percy'ego Jacksona, który jakiś mądrala opatrzył komentarzem, że jest to amerykański odpowiednik Harry'ego Pottera, powiedziałam sobie, że nie, że dziękuję. Bo raz, że Potter mi wystarczał, dwa, że imię Percy wydało mi się kretyńskie i w końcu trzy - opowieść o chłopcu, który jest synem Posejdona sprawiała wrażenie zbyt przekombinowanej. Książki do tej pory nie przeczytałam, ale za to ostatnio obejrzałam jej ekranizację. I okazało się, że Percy bije o głowę Pottera. Czemu? Powód jest prosty - przygody amerykańskiego bohatera są pozbawione patosu, który niemal non stop towarzyszy brytyjskiemu czarodziejowi. Jackson nie jest cudownym dzieckiem oznaczonym efektowną blizną i nie musi walczyć ze złym, straszliwym antagonistą, którego wszyscy inni się boją. No dobrze, Percy jest co prawda synem olimpijskiego boga - ale jak możemy się dowiedzieć w filmie - Zeus, Posejdon i spółka nie przestali świntuszyć z ludźmi w czasach antycznej Grecji. Robią to do dziś i nie uznają stosowania środków antykoncepcyjnych, bo na Ziemi aż roi się od ich dzieciaków. I Percy jest po prostu jednym z nich. A jego przygody ogląda się bardzo przyjemnie. Jedyne, co mnie raziło, to kilka idiotycznych zachowań bohaterów (utnijmy hydrze głowę, hurra, czemu nie!), ale poza tym film był naprawdę ok.

Secretariat
Lubię filmy o wyścigach konnych mimo, iż ich zakończenia są dość przewidywalne. Wiadomo, że zwierzak, który jest głównym bohaterem wygra wielki wyścig. Jeśli dodatkowo mamy do czynienia z "true story", to niemal pewne jest, że jakiś życzliwy pismak umieści w opisie dzieła zdanie: "film oparty na faktach autentycznych, opowiada historię konia, który wygrał wyścig". Ale pomimo to, filmy takie jak Hidalgo lub Seabiscuit oglądało mi się naprawdę dobrze, a w finałowych gonitwach zawsze mocno trzymałam kciuki za głównych bohaterów. Myślałam, że podobne emocje będą mi towarzyszyć podczas podziwiania zmagań Secretariata, ale się rozczarowałam. Bo choć sam film nie był zły, to fabuła zamiast na dzielnym rumaku, skupiała się głównie na losach jego właścicielki i jej rodzinnych zmagań. Z tego też powodu wyszło z tego kino bardzo obyczajowe. A ja, ponieważ zasiadłam przed telewizorem licząc na zapierające dech w piersiach pościgi, po seansie byłam dość znudzona i niezadowolona.

King Kong (Petera Jacksona)
Nigdy nie byłam fanką filmów o wielkiej małpie i przez wiele lat do filmu Jacksona w ogóle mnie nie ciągnęło. Po prostu myślałam, że to nie będzie fajne. Ale ostatnio miałam przyjemność obejrzeć reżyserską, trzygodzinną wersję filmu. O dziwo prawie wcale mi się nie dłużyło. Bohaterowie zostali zaprezentowani ciekawie, a same wydarzenia przedstawione w efektowny sposób. Najlepsza była oczywiście środkowa część filmu, w której poza King Kongiem pojawiły się także dinozaury i inne krwiożercze bestie. Najgorzej z kolei wypadła końcówka - ale może to dlatego, że wiedziałam, jak skończą się losy gigantycznego goryla. W każdym razie - film choć nie jest arcydziełem okazał się dużo lepszy, niż przypuszczałam.

Wzgórza mają oczy
Nie miałam zielonego pojęcia o fabule filmu, wiedziałam jedynie, że miał to być jakiś straszny film. Po przeczytaniu tytułu spodziewałam się jakiegoś thrileru, którego akcja będzie działa się na osnutych mgłą angielskich wzgórzach. A tu suprise - bo okazało się, że tytułowe wzgórza znajdują się na pustynnych obszarach USA, tam, gdzie kiedyś testowano bomby atomowe. Początek był obiecujący, potem zrobiło się nudno, a pod koniec rzeczywiście strasznie... z tym, że niestety strasznie paskudnie. Bo dobre straszne filmy to takie, podczas oglądania których człowiek ze strachu obgryza paznokcie aż do łokci, a potem boi się samemu pójść do łazienki. To takie filmy, w przypadku których boimy się po prostu tego, że za rogiem czai się psyhol z siekierą lub innym ostrym narzędziem. Tymczasem w przypadku złych strasznych filmów czujemy lęk bo wiemy, że jak czający się za rokiem psyhol z siekierą lub innym ostrym narzędziem dopadnie swoją ofiarę, to w stronę kamery polecą jej bebechy i hektolitry krwi, a nam z tego powodu przestanie smakować popkorn. Wzgórza mają oczy były niestety sztandarowym przykładem złego strasznego filmu. Nie dość, że zamiast strachu wywoływał jedynie mdłości, to na dodatek był cholernie nudny. Lepiej sobie darujcie i Wzgórza mają oczy omijajcie z daleka.

Stowarzyszenie Wędrujących Jeansów
Kolejny film na podstawie książki, której nie przeczytałam. Spodziewałam się głupiej komedii romantycznej dla nastolatek - a okazało się, że jest to dość obyczajowy film. I mimo iż pojawiają się w niej zarówno wątki komediowe, jak i romantyczne, to fabuła przede wszystkim mądrze opowiada o dorastaniu, radzeniu sobie ze zmianami zachodzącymi w życiu i akceptowaniu samego siebie... Przy czym Stowarzyszenie... to jednak typowo "babskie kino". I jeszcze jedno: obejrzałam obydwie części, ale pierwsza była znacznie lepsza.

Thor
Zazwyczaj podobają mi się ekranizacje komiksów Marvela. Dla przykładu: dwa filmy o Iron Manie uważam za dość udane. Myślałam więc, że Thor również będzie dobry. A tu znowu - choć nie było źle, to spodziewałam się czegoś innego, lepszego. Przede wszystkim liczyłam na to, że "wątek asgardzki" będzie potraktowany drugoplanowo, a większa część filmu przedstawiać będzie upadłego boga, który stara się uporać ze swoją śmiertelnością oraz ziemską rzeczywistością. Tymczasem twórcy Thora poszli na łatwiznę i woleli zafundować widzom przede wszystkim efektowne, komputerowo wygenerowane asgardzkie potyczki. Poza tym zachowania głównego bohatera wydały mi się dość nieprawdopodobne. Co prawda zaraz po wylądowaniu na ziemi Thor prawidłowo - wykrzykiwał "jestem bogiem" i nie potrafił zrozumieć, że zderzenie z rozpędzonym samochodem może być bolesne. Potem jednak - ni stąd, ni z owąt koleś zmienił się w stuprocentowego śmiertelnika o dobrych manierach, który potrafił przyrządzić i podać śniadanie do łóżka. Druga sprawa, że Thor, który w pierwszej części filmu dzielnie wymachując szabelką młotem namawiał pobratyńców do wojny z Lodowymi Gigantami, pod koniec, z jakiegoś zupełnie dla mnie niezrozumiałego powodu zmienił zdanie i stwierdził, że zabijanie Lodowych Gigantów jest złe. Innymi słowy - ta cała przemiana głównego bohatera wydawała mi się sztuczna i całkowicie nieprawdopodobna. A sam film był po prostu taki sobie.

Robin Hood (Ridley'a Scotta)
Książę Złodziei z Kevinem Costnerem w roli Robin Hooda był moim zdaniem świetnym filmem i nie odczuwałam potrzeby zobaczenia nowej wersji przygód legendarnego łucznika. Tym bardziej, że zwiastuny filmu Scotta były tak pełne patosu, że podczas ich oglądania popkorn stawał mi w gardle. Bardzo ostrożnie zasiadłam więc ostatnio do obejrzenia tego filmu, z postanowieniem, że jeśli pierwsze dziesięć minut okaże się kiepskie, to nie będę oglądać dalej. No i dotrwałam aż do końcowych napisów. Jak się okazało prawie wszystkie patetyczne sceny pochodziły z trailera, a reszta była bardzo przyjemna w oglądaniu. Ale brawa należą się głównie za to, jak Scott podszedł do historii sławnego banity. Otóż w filmie Robin nie jest szlachetnie urodzonym młodzieńcem, który postanowił towarzyszyć wspaniałemu Ryszardowi Lwie Serce w krucjacie. Nie, w tym filmie Robin to człowiek "z ludu", który zaciągnął się do armii dla dobrego zarobku. Gdy niespodziewanie Rysiek Lwie Serce umiera, Robin stwierdza więc dość mądrze, że skoro organizator wyprawy kopnął w kalendarz, to żołdu raczej nie będzie i postanawia zdezerterować. W drodze na statek do Anglii napotyka napadniętego przez bandytów szlachetnie urodzonego rycerza - Robina z Loxley. Koleś jest śmiertelnie ranny i przed śmiercią prosi Robina by ten udał się do Loxley i zwrócił ojcu rycerza jego miecz. A nasz główny bohater postanawia wykorzystać zaistniałą sytuację i wędrować przez Anglię podszywając się pod zmarłego szlachcica... A to dopiero początek rozbieżności z historią Robin Hooda, którą znamy. W filmie jest niewiele rabowania, za to sporo spisków i zagrywek politycznych. Scenariusz został napisany bardziej na poważnie, przy czym nie brakuje mu kilku lżejszych momentów. Nowy Robin Hood nie jest ani lepszy, ani gorszy od swojej poprzedniej wersji. Jest po prostu zupełnie inny i wydaje mi się, że z tego powodu naprawdę warto go obejrzeć. A dodatkową zachętą niech będzie dla was Cate Blanchett, która zagrała Marion tak genialnie, że Russell Crowe wypadł przy niej po prostu blado.

Super 8
Naczytałam się o tym filmie, że jest świetny, że oddaje klimat dzieł Spielberga, że w kinie dawno nie grali czegoś tak dobrego. Głównie ze względu na to nawiązanie do Spielberga spodziewałam się więc szalonego filmu przygodowego z mnóstwem humoru sytuacyjnego. Zamiast tego otrzymałam film obyczajowy z kosmitą w tle. Super 8 starał się być wesoły, ale moim zdaniem więcej było w nim smutnych momentów. Scen akcji też nie było zbyt wiele i szczerze mówiąc - przez większość filmu naprawdę się nudziłam. Bohaterowie także nie wydawali mi się bardzo sympatyczni, nie miałam za bardzo komu kibicować. Z powodu tego wszystkiego Super 8 odebrałam bardzo źle. Jednak "prawie jak Spielberg" to nie to samo, co po prostu "Spielberg".

Wanted
Nigdy nie przepadałam za stylem gry aktorskiej Angeliny Jolie. A poza tym jakoś tak wyszło, że każdy film z jej udziałem, jak i zobaczyłam zbytnio mi się nie podobał. To znaczy - żaden nie był strasznie zły, ale jednocześnie każdemu brakowało "tego czegoś", co by sprawiło, że chciałoby się go zobaczyć ponownie. O filmie Wanted nawet nie słyszałam, ale gdybym już o nim wiedziała, pewnie darowałabym sobie seans właśnie ze względu na Angelinę. Stało się jednak tak, że pewnego dnia zupełnie przypadkiem zobaczyłam pewne, naprawdę fajne wideo na youtube (uwaga, wewnątrz są spoilery!) i pomyślałam, że skoro fanvid wyszedł tak świetnie, to może sam film także okaże się ciekawy. I tym sposobem Wanted stał się pierwszym filmem z Angeliną Jolie, który naprawdę bardzo mi się podobał (przy czym Angelina odegrała tu rolę drugoplanową, więc może to też miało znaczenie). Zalety filmu oddam wam w trzech słowach: "absurdalny, ale efektowny". Bohaterowie skaczą tutaj jak w Matrixie, strzelają podkręconymi kulami i na sto jeden innych sposobów łamią prawa fizyki oraz zdrowego rozsądku. Ale wszystko zaprezentowane jest w sposób tak miły dla oka, że widz jakoś zapomina o wszelkich absurdach fabuły. Z tego też powodu jest to idealny film na sobotni wieczór.

Zielony Szerszeń i Zielona Latarnia
Dwie świeżutkie, zielone tegoroczne premiery. W zwiastunie Szerszeń wydawał się fajny, zabawny i pełen akcji, a Latarnia głupia i kiczowata. Tymczasem okazało się, że jest zupełnie odwrotnie. To w Szerszeniu panuje nuda, żarty są kiepskie, a główni bohaterowie niezbyt sympatyczni. Z kolei Latarnia jest sprawnie nakręconym filmem sci-fi, z ładnie prezentującymi się efektami specjalnymi, wartką akcją i scenariuszem, który sprawia że film ogląda się naprawdę przyjemnie. Jeśli więc musielibyście wybierać pomiędzy Zieloną Latarnią i równie Zielonym Szerszeniem, sięgnijcie po ten pierwszy odcień zieleni.

Legion i Ksiądz
Legion był filmem, który miał w sobie naprawdę spory potencjał i gdyby akcja potoczyła się w nim nieco inaczej, to wyszło by z niego naprawdę dobre dzieło. Bo był i upadły anioł, i ponowne narodziny Jezusa w XXI wieku, i apokalipsa. Na zdrowy rozum bohaterowie takiego filmu powinni uciekać, gdzie ich nogi ponoszą, po drodze efektownie eliminując wszelkich przeciwników, jacy staną im na drodze. Ale scenarzyści powinni zrobić coś zupełnie innego - zamknąć głównych bohaterów w przydrożnej knajpie. No dobrze, można by im pogratulować innowacyjności. Ale co z tego, skoro pomysł okazał się do kitu? Było źle, ponieważ zastępy opętanych ludzi przypominających zombiaki falowo atakowali feralną knajpę. Pierwsza fala: ludzie broniący knajpy odpierają atak, ale kilku z nich ginie. Druga fala - to samo. Trzecia - także. I tak dalej. Nudne, prawda? To właśnie dlatego w apokaliptycznych filmach ludzie powinni przez cały czas uciekać, zamiast siedzieć w jednym miejscu. A jeśli już chcą się gdzieś zaszyć, to scenarzyści powinni dostarczyć im bardziej zróżnicowanych atrakcji.
Zniechęcona Legionem nieco ostrożnie zaczęłam oglądać Księdza (którego wyreżyserował ten sam facet). I tu czekało mnie bardzo pozytywne zaskoczenie, bo ten drugi film, choć równie głupi, okazał się wypełniony dużo większą dawką akcji i przez to znacznie ciekawszy. Poza tym dość ciekawie prezentował się od strony wizualnej - krajobrazy momentami przypominały te z Gwiezdnych Wojen.
Jedyne, czego nie mogę przeboleć, to fakt, że w obydwóch filmach główne role zagrał Paul Bettany. Cholernie szkoda mi kolesia, bo moim zdaniem jest on naprawdę dobrym aktorem i niefajnie, że marnuje swój talent w takich filmach. No ale cóż - nic na to nie poradzę. Z resztą, skoro Ksiądz był lepszy od Legionu to panuje tutaj ewidentna tendencja wzrostowa - może więc następny film z Bettanym okaże się prawdziwym arcydziełem?

Kac Vegas
Ostatni film w dzisiejszym zestawieniu. Nie chcę was już zanudzać, więc napiszę krótko. Bałam się, że będzie to głupia, pełna obleśnych żartów komedyja w stylu American Pie. Tymczasem film okazał się naprawdę dobry, nieprzewidywalny, no i momentami rozbawiający aż do łez.
  • Current Music
    Endeverafter
  • Tags