Hołka (holllka) wrote,
Hołka
holllka

  • Location:
  • Mood:
  • Music:

Pożegnanie z INIB-em

To zabawne, ale z pięciu lat studiów Informacji Naukowej i Bibliotekoznawstwa najlepiej w pamięci wyryły mi się wakacje zaraz po maturze oraz pierwszy rok nauki na uniwersytecie (i nie, później nie zaczęłam nadużywania alkoholu, który to mogłoby doprowadzić do mniejszej ilości wspomnień z następnych lat studiów!).

Pamiętam, że gdy w 2006 roku zdawałam maturę, byłam pełna nadziei i wiary we własne możliwości. Świat należał do mnie, a wszystko jawiło się w jasnych barwach. Później jednak zaczęły się rozczarowania. Pierwszy raz brutalna rzeczywistość mocno trzepnęła mnie w tył głowy, gdy nie dostałam się na wymarzone studia na reżyserię w Katowicach. W ciąż byłam jednak pełna optymizmu. Bo przecież Kieślowski (którego imieniem nazwany był Wydział Radia i Telewizji, gdzie starałam się dostać) zdawał na reżyserię pięć razy zanim w końcu został przyjęty. Postanowiłam więc, że swoich sił w Katowicach będę próbować jeszcze raz, za rok. Ale nie chciałam robić sobie przerwy w życiorysie zaraz po maturze. Postanowiłam więc podjąć inne studia. Znowu byłam pozytywnie nastawiona, bo przecież w szkole byłam piątkową uczennicą, a matura poszła mi dość dobrze. Ale brutalna rzeczywistość przypomniała o sobie po raz drugi. Okazało się, że moje wyniki nie były dość dobre, przez co nie dostałam się ani na filmoznawstwo, ani na kulturoznawstwo, ani na żadne inne studia, które wydawały mi się fajne. Pod koniec wakacji udało mi się dostać tylko w dwa miejsca: na Informacje Naukową i Bibliotekoznawstwo na Uniwersytecie Śląskim oraz na identyczny kierunek na Uniwersytecie Jagiellońskim.

UŚ kusił mnie straszliwie, bo w końcu był w Katowicach, gdzie znajdowała się też moja wymarzona reżyseria. Ale gdy poszłam złożyć tam papiery, trochę się przestraszyłam. Dzień był wtedy pochmurny i deszczowy, a dokumenty musiałam zanieść do ponurego, przytłaczającego, postkomunistycznego gmaszyska. Nie wyglądało to zbyt różowo. Kilka dni później pojechałam złożyć papiery także na UJ. Krakowski INIB mieścił się w nowiutkim, ślicznym kampusie na Ruczaju. I choć wiem, że wyjdę teraz na paskudną materialistkę, ale tak – właśnie z powodu tego napawającego optymizmem kampusu zdecydowałam się na UJ, a nie na UŚ. Przy czym traktowałam Kraków jako rozwiązanie tymczasowe, na zasadzie, że za rok już na pewno dostanę się na reżyserię w Katowicach.

Jeszcze przed maturą nasłuchałam się wielu strasznych opowieści o studentach. Nie bałam się co prawda przymierania głodem i mocno zakrapianych imprez. Przerażały mnie natomiast plotki na temat wyścigu szczurów i tego, że na pomoc i notatki innych ludzi z roku nie ma co liczyć. Tymczasem bardzo szybko przekonałam się, że na INIB-ie wcale nie jest tak źle. Dzień po tym, jak opuściłam pierwszy wykład, podeszła do mnie inna studentka z roku i zapytała: „Hej Asia, zauważyłam, że nie było cię wczoraj na wykładzie. Chcesz notatki?” Nie wiem, jak bardzo zdziwioną minę wtedy zrobiłam, ale uwierzcie mi, byłam naprawdę porządnie zaskoczona. A zachowanie mojej koleżanki nie było pojedynczym wyskokiem – wszyscy na roku naprawdę bardzo się zgraliśmy i zarówno pożyczanie notatek, jak i wszelka inna pomoc były u nas na porządku dziennym. Niestety pomimo tej koleżeńskiej atmosfery, nieprawdziwe okazały się historie moich rodziców, którzy uważali, że na studiach poznaje się ludzi, którzy stają się później naszymi przyjaciółmi na całe życie. W tym wypadu jednak winę częściowo poniosłam sama. Przede wszystkim nigdy nie byłam imprezowym typem – a jak wiadomo, połowę znajomości zawiązuje się przy piwie. A poza tym – mieszkałam na stancji, a na zajęcia przyjeżdżałam na rowerze – a niestety drugą połowę znajomości ludzie nawiązywali w akademikach oraz jadących na kampus autobusach miejskich. Ponadto miałam strasznego pecha, bo jak już udało mi się z kimś zaprzyjaźnić, to osoba ta pod koniec semestru zawsze rezygnowała ze studiów (tak, wiem jak to brzmi, ale uwierzcie mi – nikt nie zrezygnował ze studiów z mojego powodu!).

Będąc na pierwszym roku, tak bardzo, jak tylko się dało korzystałam z dobrodziejstw, jakie dawało mieszkanie w tak kulturalnym mieście, jakim był Kraków. Wystawy, koncerty, dyskusyjne kluby filmowe i inne podobne rzeczy, których w Zakopanem nie było wiele – na pierwszym roku INIB-u nic mnie nie ominęło (choć na drugim roku już mi się to wszystko przejadło). Pewnego razu udałam się na meeting z Jerzym Sthurem i było to jedno z najważniejszych wydarzeń w moim życiu. Jak wyobrażacie sobie Sthura? Ja myślałam, że będzie on radosnym i pogodnym człowiekiem, który podzieli się ze słuchaczami masą ciekawych anegdot ze swojego życia. Tymczasem pan Sthur okazał się być smutnym, zmęczonym życiem człowiekiem, który na dodatek stwierdził, że gdyby miał przeżyć swoje życie jeszcze raz, to nigdy nie zostałby reżyserem, ale pisarzem. Po całym tym spotkaniu stwierdziłam – nie chcę zmarnować sobie życia tak, jak Sthur i na starość być smutnym człowiekiem. Pieprzę reżyserię, zostaję na INIB-ie.

Później zaczęłam dostrzegać kolejne rzeczy, które świadczyły o tym, że studiowanie bibliotekoznawstwa jest cool. Raz, dla przykładu, gdzieś tak o drugiej w nocy zaczęłam rozmawiać na GG z koleżanką (jedną z tych szczęściar, które za pierwszym podejściem dostały się na swoje wymarzone studia). Rozmowa wyglądała mniej więcej tak:
- Czemu jeszcze nie śpisz? – zapytałam.
- A, kończę robić jakiś tam ważny projekt, który muszę jutro oddać. – przeczytałam odpowiedź – A ty czemu jeszcze siedzisz przy komputerze?
- Serial oglądam i tak jakoś się zasiedziałam…

Zgadza się, na samych studiach nie zawarłam wielu interesujących znajomości i nie robiłam ciekawych rzeczy, o których w przyszłości mogłabym opowiadać wnukom. Ale jednocześnie, to właśnie na zajęciach na INIB-ie nauczyłam się HTML-a, dzięki któremu potem stworzyłam swoją stronę internetową. Przez to, że moje studia wymagały dostępu do Internetu – po raz pierwszy zyskałam stały dostęp do sieci i dzięki temu zapisałam się na parę ciekawych for internetowych i zyskałam kilku „wirtualnych” przyjaciół. A z racji tego, że studia na INIB-ie nie były zbyt wymagające miałam czas na rozwijanie własnych zainteresowań. To z kolei sprawiło, że zdecydowałam się założyć bloga. Czy to wszystko byłoby możliwe, gdybym zamiast do Krakowa trafiła na reżyserię w Katowicach? Nie wiem, ale być może, pochłonięta reżyserowaniem nie miałabym czasu na to wszystko.

Wróćmy jednak do samych studiów. Jeden z mitów, które usłyszałam od zaprawionych studentów naprawdę okazał się faktem. Mówili mi bowiem, że matura to bzdura, że to nic w porównaniu z egzaminami podczas sesji. Ale, choć mieli rację, to i w tym wypadku okazało się, że na INIB-ie nie jest aż tak źle. Większość wykładowców okazała się bowiem być całkiem w porządku, a ich głównym życiowym celem nigdy nie było oblewanie studentów. Prawdę powiedziawszy, w trakcie pięciu lat zdarzyło mi się tylko raz uczestniczyć w sesji poprawkowej, resztę egzaminów zawsze zdawałam w pierwszym terminie, nie wysilając się przy tym zbytnio.

Nie chcę tutaj słodzić, ale z innych powodów wykładowcy także „byli spoko”. Zachowania, które moi znajomi z innych studiów uznawali u swoich profesorów za coś niezwykłego, innowacyjnego lub po prostu fajnego, u mnie na INIB-ie było często czymś codziennym. Ale to nie wszystko. Kilku INIB-owych wykładowców założyło zespół rockowy. Nieźle, co? A wicedyrektor Instutu INIB został wybrany jednym z trzech najfajniejszych profesorów na wydziale. Czy ktoś na innych studiach mógłby się pochwalić tak samo fajnymi osobami prowadzącymi zajęcia? Raczej wątpię.

Osobiście chciałam podziękować moim wykładowcom za jeszcze jedno. Gdy na ostatnim roku zaczęłam studiować dodatkowo drugi kierunek, w sytuacji gdy jakieś zajęcia kolidowały mi ze sobą, od osób prowadzących zajęcia z INIB-u zawsze słyszałam to samo: „Nie przejmuj się, studiuj sobie spokojnie drugi kierunek, wymyślimy ci jakiś inny, dogodny dla ciebie sposób zaliczenia przedmiotu”. Gdyby nie taka drobna pomoc z ich strony, prawdopodobnie nie dałabym rady studiować jednocześnie dwóch kierunków.


I nim się obejrzałam, a minęło pięć lat studiów. Chyba tak samo, jak wszędzie indziej, zdarzały się zarówno zajęcia ciekawe, jak i nudne, przedmioty mniej i bardziej przydatne w życiu. Ale co najważniejsze – czas na INIB-ie minął mi przyjemnie i bezstresowo. A teraz, patrząc na wszystko z perspektywy czasu, naprawdę cieszę się, że trafiłam na bibliotekoznawstwo, a nie na reżyserię. I jeśli wy kiedykolwiek będziecie mieli możliwość studiowania na INIB UJ, to nie bójcie się wybrać tego kierunku.
 
No tak, pewnie zastanawiacie się jeszcze, co z moją pracą magisterską. Tak więc 28 września spokojnie i bezstresowo obroniłam "Wydawnicze dzieje cyklu Ani z Zielonego Wzgórza Lucy Maud Montgomery na ziemiach polskich". W najbliższym czasie postaram się zamieścić tą pracę na mojej stronie internetowej i dać na blogu link do jej poczytania.

Aha, no i tak, zgadza się. Jestem już magistrem! :)


EDIT: Dostałam cynk od Kasi, że w sondach mogą głosować tylko osoby zalogowane na Livejournalu. Naprawiłam ten problem i teraz ocenić ten wpis powinni już móc wszyscy.
Tags: drobna prywata, inib, kraków, retrospekcje
Subscribe
Comments for this post were disabled by the author