strona www

Dyrdymałowy rozłam jedenasto-listopadowy

Wiem, że to głupie, ale czekałam z wszystkim, o czym wam zaraz napiszę do dzisiaj, bo przecież data jest fantastyczna.

Dyrdymały Filmowo-Serialowe przeniosłam na Bloggera. Oto nowy adres:
Póki co serwis Googla mi się podoba i mam nadzieję, że będzie on na tyle fajny, że nie będę musiała przeprowadzać dalszych blogowych przeprowadzek.

Nie zrezygnowałam jednak całkowicie z Tumblra i postanowiłam założyć na nim
Jak pisałam ostatnio - Tumblr jest czymś w rodzaju rozbudowanej wersji Twittera i jako coś takiego mam zamiar go od tej pory traktować. Na Dyrdymało-Notkach spodziewajcie się więc linków, filmików, obrazków i innych ciekawych rzeczy, na które uda mi się natknąć zarówno w sieci, jak i codziennym życiu. Być może czasem zapiszę tam także jakieś krótkie, własne spostrzeżenie. Grafomanić jednak nie będę, obiecuję.

Poza tym niestety, ale nowe posty na Dyrdymałach i DFS będę tworzyć głównie w trybie weekendowym. W tygodniu mój czas wolny ogranicza się do zjedzenia kolacji, pójścia spać, pobudki i zjedzenia śniadania. I obawiam się, że nie zmieni się to w przeciągu najbliższych dwóch lat. Ale nie martwcie się - bo wbrew pozorom nie jest źle!
pióro

Livejournal vs. Tumblr

Minął już miesiąc odkąd zaczęłam używać Tumblra, czas więc na porównanie tego serwisu z Livejournalem.

Runda I: Zakładanie nowego konta
Na Livejournalu login podany przy rejestracji staje się potem częścią adresu url strony, na której jest blog. Zmiana loginu (a co za tym idzie - także adresu url) nie wchodzi w grę. Utworzenie drugiego bloga przypisanego temu samemu użytkownikowi jest chyba niemożliwe - a nawet, jeśli taka opcja istnieje, to ja nie byłam w stanie jej znaleźć.

Na Tumblr, loginem jest e-mail. Adres url bloga wybiera się osobno i możliwa jest jego późniejsza zmiana. Na jednym koncie można prowadzić kilka blogów - założenie nowego jest proste, odbywa się przy pomocy jednego kliknięcia.
Wynik po rundzie I:
Livejournal 0 punktów
Tumblr 2 punkty
(za możliwość modyfikacji adresu url oraz łatwe założenie nowego blogu na tym samym koncie)

Runda II: Panel administracyjny
Możliwość zmiany ustawień w Livejournalu jest bardzo rozbudowana. Tumblr odwrotnie - prezentuje się bardzo prosto, ale jednocześnie nie daje możliwości zmiany wszystkich ustawień. Które z tych rozwiązań jest lepsze? Trudno powiedzieć.

W Livejournalu trzeba trochę poszperać, ale gdy już znajdzie się odpowiednią stronę z ustawieniami, można zmodyfikować niemalże wszystko. Czasem jest to przydatne, czasem można przez to przypadkiem popsuć bloga (może pamiętacie, że raz czy dwa przypadkiem ograniczyłam lub wyłączyłam opcję dodawania komentarzy, właśnie z powodu wyboru złej opcji w ustawieniach).

Tumblr jest pod tym względem bezpieczniejszy, ale jednocześnie pewnych rzeczy po prostu nie da się zmodyfikować, a to też nie zawsze jest fajne.
Wynik po rundzie II:
Livejournal 1 punkt
(za możliwość modyfikacji bardziej skomplikowanych ustawień)
Tumblr 1 punkt (za prosty w obsłudze panel administracyjny)

Runda III: Wygląd
Livejournal, w porównaniu do Tumblra wygląda na pewno mniej nowocześnie, a nawet - bardziej topornie. Tumblr jest zdecydowanym zwycięzcą, jeśli chodzi o design.

Ale za to, templatki w Livejournalu, choć wyglądają mniej efektownie, dają się łatwiej modyfikować i są lepiej dopracowane. Innymi słowy: na LJ wybieramy skórkę bloga, a następnie sami decydujemy o tym, czy układ elementów na blogu ma być jedno, dwu, czy trzy kolumnowy oraz jakie elementy mają znaleźć się w bocznych kolumnach. Poza tym każda templatka jest na tyle dobrze opracowana, że nie ma potrzeby poprawiać jej później kodu css.

Na Tumblr możemy tylko wybrać skórkę. Wszelkie zmiany wymagają modyfikacji kodu css. Ponadto niektóre motywy nie są do końca dobrze wykreowane - przykładowo ten, z którego korzystam na D-F-S, został przeze mnie zmodyfikowany, gdyż w pierwotnej wersji tekst był nie do końca czytelny.
Wynik po rundzie III:
Livejournal 3
punkty (za dobrze opracowany wygląd skórek i łatwość modyfikacji ich wyglądu)
Tumblr 1 punkt (za bardziej efektowny i ładny wygląd)

Runda IV: Tworzenie nowych wpisów
Livejournal ma bardziej rozwinięty edytor tak zwanego "Rich textu" - innymi słowy chodzi o to, że tekst możemy edytować jak w Wordzie, zaznaczając, które elementy mają być pogrubione, wyśrodkowane, pokolorowane itd, itp. Poza tym istnieje możliwość edytowania tekstu przy pomocy HTML-a. Taki edytor otwiera się na tej samej stronie, na której wcześniej był "Rich text". Ważne jest to, że edytor HTML obsługuje atrybut "style", która pozwala na modyfikację tekstu przy pomocy css'a.
Minusem Livejournala jest to, że "Rich text", nie zawsze działa dobrze i czasem głupieje tak bardzo, że po prostu trzeba wejść do standartowego edytora HTML i samemu poprawić pewne elementy.
Dobrze zostało rozwiązane tagowanie wpisów. Słowa kluczowe możemy albo wpisać do odpowiedniego okienka, albo poprzez zaznaczanie wybrać je z listy wcześniej używanych tagów. Moim zdaniem jest to bardzo przydatna opcja.
Ponad to na Livejournala możemy wgrać 15 różnych avatarków i naprzemiennie używać ich do różnych wpisów. Plusem jest także to, iż możliwe jest zdefiniowanie automatycznego podpisywania każdego wpisu (u mnie tym automatycznym podpisem jest "(cc) by Hołka").

"Rich text" w Tumblr jest dużo prosty (nie posiada między innymi możliwości wyśrodkowania tekstu). Edytor HTML otwiera się w nowym, wyskakującym okienku, co moim zdaniem jest dość kiepskim rozwiązaniem. Poważnym błędem jest to, że edytor HTML nie uznaje atrybutu "style". Możemy jedynie wcześniej, w kodzie css dotyczącym całego bloga, zdefiniować pewne klasy i później przypisać je do poszczególnych fragmentów tekstu.
Plusem Tubmlra jest natomiast to, że edytor "Rich textu" nie głupieje tak, jak to się dzieje w Livejournalu.
Jeśli chodzi o tagowanie, to możliwe jest jedynie dopisywanie ich do odpowiedniego okienka. Tumblr co prawda na podstawie wcześniej dopisanych tagów podpowiada nam co wpisać, ale opcja ta jest dużo mniej poręczna od okienka ze wszystkimi wcześniej użytymi tagami, jaka była w Livejournalu.
Ciekawe jest natomiast to, że Tumblr pozwala na "kolejkowanie" postów. To znaczy - jeśli mamy wenę i stworzymy kilka postów jeden po drugim, to nie musimy ich od razu publikować. Zamiast tego (przy pomocy kilku kliknięć) ustawiamy, by kolejne posty pojawiały się np. w godzinnych odstępach.
Wynik po rundzie IV:
Livejournal 6 punktów
(za bardziej rozbudowany edytor "Rich textu", edytor HTML pojawiający się w tym samym oknie, łatwiejszy wybór tagów, kilka avatarków do wyboru i możliwość automatycznego dopisywania podpisu pod każdym wpisem)
Tumblr 2 punkty (za lepiej działający edytor "Rich textu" i kolejkowanie)

Runda V: Multimedia
Livejournal posiada co prawda tak zwanego Scrapbooka, w którym możemy tworzyć galerie ze zdjęciami, ale osobiście nigdy nie korzystałam z tej opcji, gdyż szybsze i łatwiejsze wydawało mi się wgranie zdjęcia na zewnętrzny serwer. Filmy oraz elementy flash umieszcza się we wpisie standardowo, poprzez użycie embed kodu. Niestety Livejournal nie pozwala na umieszczanie javascriptów (o czym mogłam się przekonać ostatnio, przy tworzeniu ankiet oceny poszczególnych postów).

W przypadku Tumblra zdjęcie można wgrać z dysku na serwer bloga jednym kliknięciem, co jest bez dwóch zdań świetnym rozwiązaniem. Filmiki i inne multimedia w standardowym wpisie umieszcza się podobnie, jak w Livejournalu (niestety tutaj też javascripty nie działają). Ciekawym rozwiązaniem jest natomiast to, że możemy sobie wybrać rodzaj wpisu. Poza standardowym tekstem mamy do dyspozycji także wrzucenie samego zdjęcia, filmu, pliku audio, cytatu, dialogu lub linku. Rozwiązanie to jest ciekawe i przydatne w sytuacji, gdy chcemy szybko zamieścić coś na blogu.
Wynik po rundzie V:
Livejournal 1 punkt
(za Scrapbook, który niektórym może jednak się przydaje)
Tumblr 2 punkty (za łatwe wgrywanie zdjęć na serwer oraz ciekawe rozwiązanie z podziałem wpisów na różne kategorie)

Runda VI: Interakcja z innymi
Livejournal pozwala na standardowe tworzenie komentarzy. Rzecz to ważna, bo przecież blog pozbawiony komentarzy, to żaden blog, czyż nie?
Inne możliwości integrowania się z innymi użytkownikami serwisu są dość kiepskie. Możliwe jest tworzenie jakiś grup dyskusyjnych, czy czegoś w tym stylu, ale nigdy z tego nie korzystałam.

Tumblr domyślnie nie daje możliwości tworzenia komentarzy. Żeby czytelnicy mogli je pisać, musiałam zarejestrować się na jakiś inny serwer, który współpracował z Tumblrem. A to - nie oszukujmy się - jest chyba najgłupsze rozwiązanie z możliwych.
Osoby zapisane na Tumblr mogą śledzić wpisy innych oraz dodawać pojedyncze notki do ulubionych. Odniosłam niestety wrażenie, że w przypadku śledzenia obowiązuje zasada wzajemności - to znaczy "ty śledzisz moje wpisy, więc ja będę śledzić twoje" (w końcu, im więcej osób śledzi czyjś blog, tym lepiej, prawda?). Jeszcze gorzej ma się sprawa z lubieniem czyiś wpisów. Tubmlr jest bowiem zdominowany przez użytkowników anglojęzycznych. I przypuszczam, że większość z nich polubiła moje wpisy tylko z powodu tego, jak je otagowałam (na zasadzie "O, Back to the future, super, kocham ten film - wcisnę lubię to, nieważne co zostało na temat tego filmu napisane"). I choć mam nadzieję, że komuś chciało użyć się translatora i zobaczyć, o czym napisałam, to zdrowy rozsądek podpowiada mi, że raczej tak się nie stało.
Kolejną rzeczą ułatwiającą integrację jest to, że Tumblr pokazuje mi losowo wybrane zdjęcia wrzucone przez innych użytkowników. I dzięki temu udało mi się trafić na takie fajne blogi, jak na przykład ten, ten lub ten.
I ostatnia sprawa - tak zwana opcja reblogowania. Polega na tym, że jeśli spodobałby mi się czyjś wpis, to jednym kliknięciem mogłabym skopiować go na swój blog. Przy czym, pojawiłaby się przy nim notka, gdzie wpis pierwotnie został napisany.
Wynik po rundzie VI:
Livejournal: 10 punktów
(za samą tylko możliwość tworzenia komentarzy, bo to jest przecież bardzo ważne)
Tumblr 3 punkty: (za przycisk lubię to (który mimo wszystko jest przydatny), pokazywanie fajnych, losowych zdjęć i możliwość reblogowania)

Runda VII: Archiwum
Kolejna na pozór mało istotna rzecz, ale jednak gdy już chce się z niej skorzystać, to ma znaczenie. W Livejournalu sprawa rozwiązana jest bardzo prosto - data i zalinkowany tytuł wpisu.
Na Tumblr każdy wpis pojawia się w postaci miniaturowego okienka. Jeśli wpisów jest dużo, to ładują się one po dojechaniu do końca strony, na zasadzie "endless scrollingu". Wygląda to efektownie i jest łatwe w użyciu, ale tylko na krótkszą metę. Bo jeśli zajrzymy do archiwum kogoś, kto dziennie tworzy dziesięć wpisów, a każdy z nich jest opatrzony obrazkiem, to jeśli się rozpędzimy i będziemy chcieli naraz zobaczyć zbyt dużo - może dojść do tego, że zawiesi się nam przeglądarka.
Wynik po rundzie VII:
Livejournal 1 punkt
(za mniej efektowne, ale za to szybciej ładujące się archiwum)
Tumblr 0 punktów

Wynik końcowy:
Livejournal 22 punkty
Tumblr 11 punktów


WYGRYWA: LIVEJOURNAL

Podsumowując: Livejournal, choć jest już wiekowym serwisem, to wciąż trzyma się dobrze. Nie jest co prawda piękny, ale za to braki w wyglądzie nadrabia funkcjonalnością.
Tumblr z kolei nie jest serwisem złym. Wprowadzono w nim kilka naprawdę ciekawych rozwiązań, stworzono ładny wygląd. Niestety jest to bardziej coś w rodzaju rozbudowanej wersji Twittera, niż serwis blogowy. Nie zamierzam z niego rezygnować, ale na pewno będę wykorzystywać go do celów innych, niż długie grafomanienie, bo widzę, że większość użytkowników Tumblra jest nastawiona na szybkie przeglądanie, a nie czytanie. Szczegółowych planów teraz jednak nie zdradzę - dowiecie się o nich w najbliższej przyszłości.

Aha - i jeszcze jedna sprawa. Postanowiłam zrezygnować z dawania wam możliwości oceny poszczególnych wpisów, bo po pierwsze prawie nikt z tego nie korzystał, a po drugie jestem leń i nie chce mi się tworzyć nowych ankiet. Mimo to dziękuję wszystkim, którzy do tej pory oddali swoje głosy! :)
  • Current Music
    Shira Kammen
  • Tags
oczko

Porządkując myśli...

Nie wiem, czy wy też tak macie, ale jeśli w mojej głowie powstanie jakiś pomysł, to drań będzie tam siedział, dopóki nie przeleję go na kartkę papieru, nie zmienię w bity lub nie urzeczywistnię w jakikolwiek inny sposób.

Jakiś rok temu wpadłam na pomysł zrobienia pewnego fan-vidu łączącego inne filmy. Ale czas mijał, a ja nie miałam albo czasu, albo siły, albo weny, albo ochoty, albo wszystkich tych rzeczy jednocześnie, by zmontować wymyślone przeze mnie widełko. Minął rok, a pomysł wciąż tkwił mi pod czaszką, co jakiś czas cicho popiskując "zrealizuj mnie!" W ten weekend stwierdziłam, "teraz albo nigdy", wzięłam się w garść i przysiadłam do montowania. Było trochę ciężko, bo mój komputer-staruszek długo się zastanawiał i czasami wieszał. Ale mimo to - udało się!

(Zdaję sobie sprawę z tego, że jeśli ktoś, kiedyś przypadkiem trafił na mój youtubowy kanał, to po przeczytaniu wcześniejszego akapitu pomyślał "szlag, znowu fan-vid z Fichtnerem!" Osoby te mogą wyluzować, ponieważ moje nowe widełko przełamuje fichtnerową monotonię ;)

A oto sam filmik:



Wiem, że nie jest to arcydzieło, ale wyszło mniej-więcej tak, jak to sobie wcześniej wyobrażałam. I z tego też powodu jestem zadowolona i twórczo spełniona. A co najważniejsze - w moim mózgu zwolniła się jedna z myślowych szuflad, liczę więc na to, że w najbliższym czasie zagnieździ się w niej nowy pomysł.

KLIKNIJ, ŻEBY OCENIĆ TEN WPIS!
avatar

Tylko dla kobiet

Następny BlogDay prawie za rok, a mnie nie chce czekać się tyle czasu, by napisać wam o pewnym blogu (swoją drogą, jak tak dalej pójdzie, to chyba będę musiała założyć kącik "Hołka poleca").


to blog pisany przede wszystkim z myślą o kobietach. Autorka studiuje ziołolecznictwo, a dodatkowo interesuje się kosmetologią. Na Ziołowej Urodzie znajdziecie informacje na temat tego, jak domowymi sposobami stworzyć 100% naturalne kosmetyki... To znaczy - takie jest założenie, bo blog jest zielony i świeżutki, zaledwie kilkudniowy.

Mam nadzieję, że Ziołowa Uroda będzie się rozwijać w dobrym kierunku i wiem, że zamieszczone tam porady będą naprawdę dobre. W końcu autorką blogu jest moja siostra - i uwierzcie mi, dziewczyna ma naprawdę dużą wiedzę na temat tego, o czym pisze.

Ale z racji tego, że każdy początkujący blog potrzebuje czytelników - moja prośba do was jest następująca: zajrzyjcie na tę stronkę, napiszcie kilka komentarzy, subskrybujcie, powiadomcie znajomych, wklejcie linka na facebooku lub innej naszej klasie. Liczę na was, więc proszę, postarajcie się! :)

avatar

Szarpidruty

Jednym z powodów, dla których warto jest oglądać zagraniczne seriale, jest ich ścieżka dźwiękowa. To znaczy - nie utwory skomponowane specjalnie na potrzeby takich produkcji. Chodzi mi tu o piosenki lub też melodie stworzone przez niezależnych od serialu twórców, które w niektórych odcinkach pojawiają się jako podkład muzyczny.

Często zdarzyło mi się, że gdyby nie serial, nigdy nie dowiedziałabym się o istnieniu takiej piosenki/melodii, bo nigdy nie została i nie zostanie ona wyemitowana w jakiejkolwiek polskiej stacji radiowej. A co za tym idzie - gdyby nie serial, nigdy nie usłyszałabym wielu utworów, które jak się okazało - bardzo przypadły mi do gustu.

I tak ostatnio, w finałowym odcinku czwartego sezonu Breaking Bad, w jednej z kulminacyjnych scen zabrzmiał utwór Freedom  zagrany przez Taalbi Brothers. Czy ktoś z was słyszał o tym zespole? Prawdopodobnie nie. A ja nie dowiedziałabym się o jego istnieniu, gdyby nie serial. Zwłaszcza, że jest to duet, który jeszcze nie zyskał sławy i jego utworów nie można znaleźć na torrentach lub innych nie do końca legalnych źródłach. Szczęśliwie Taalbi Brothersów można posłuchać na MySpace oraz ReverbNation.

Gdy pierwszy raz usłyszałam Freedom, byłam przekonana, że utwór jest wykonywany przez doświadczonych, nieco już podstarzałych gitarzystów. Potem jednak zerknęłam na MySpace'owe zdjęcia braci i wow - nie przypuszczałam, że takie skomplikowane utwory gitarowe zagrali tak młodzi chłopcy! Wielki szacun, serio! A jeśli wam podczas słuchania któregokolwiek z utworów braci Taalbi ani razu ręka lub noga nie drgnęła w takt muzyki, to lepiej szybko lećcie się przebadać do neurologa, bo prawdopodobnie coś jest nie tak z waszym układem nerwowym.

Odkładając jednak żarty na bok. Życzę Taalbi Brothers dobrego menagera, wydania wielu świetnie brzmiących albumów oraz ogólnie szczęścia w życiu. Dodatkowo mam jeszcze jedno, malutkie życzenie dla samej siebie - by utwory grane przez braci były do kupienia w Polsce.

oczko

Zakręcone życie pizzonosza

Było ciężko, ale obiecałam sobie, że wytrwam, że nie zacznę czytać powieści Kasi zaraz po tym, jak Kasia sprezentowała mi jeden z jej egzemplarzy z dopisaną specjalnie dla mnie dedykacją. Postanowiłam, że nie rozpocznę lektury w tygodniu, że nie będę podczytywać po kilka stron w przerwach między wykładami lub innymi zajęciami. Założyłam, że w sobotni wieczór po gorącym prysznicu, będąc całkowicie na luzie zagrzebię się pod pierzyną i cały wieczór będzie tylko dla mnie i Kasinej powieści. Opłaciło się, bo książka wciągnęła mnie straszliwie, gdybym więc zaczęła czytać ją wcześniej, prawdopodobnie zajęta lekturą opuściłabym kilka zajęć na uczelni.

...Ale chwila! Stop! Zacznę jeszcze raz. Ale tym razem, żeby mój dalszy opis był całkowicie obiektywny, zapomnę na moment o tym, kim jest Kasia Lewcun.

Kasia Lewcun? Kto to taki? Autorka książki? Jakiej książki? Wyznania pizzonosza? Aha, no tak, rzeczywiście. Ale nie, nigdy wcześniej o tej Kasi Lewcun nie słyszałam.



(...) Wiecie, gdybym chciał, mógłbym być na przykład piosenkarzem. (...) Małolaty wieszałyby sobie plakaty ze mną nad łóżkiem i śliniły się na mój widok na koncertach. Miałbym życie jak w Madrycie. Ale wolę być szarym człowiekiem pracy. Karmić głodnych, pocieszać przygnębionych porcjami węglowodanów i tłuszczów nasyconych. W pizzy drzemie moc - ja nią rozporządzam.
[cytat z Wyznań pizzonosza, oczywiście ;]


Tytuł książki trochę mnie zmylił. Myślałam, że będzie tutaj mowa przede wszystkim o rozwożeniu pizzy i różnych przygodach z tym związanych. Tymczasem pizzonoszene jest tu ramą luźno łączącą się z obrazem, który bynajmniej nie przedstawia martwej natury z dobrze wypieczoną margaritą o podwójnym serze. Wyznania pizzonosza opowiadają przede wszystkim o życiowych rozterkach, sukcesach i niepowodzeniach, dorastaniu oraz przede wszystkim - o miłości.

Mateusz - główny bohater powieści, jest postacią sympatyczną, ciekawą i - co równie ważne - realistycznie przedstawioną. Jest narratorem, z którym nie można się nudzić. O zdarzeniach, które go spotkały opowiada czasem z sarkazmem, a kiedy indziej z sentymentem. A to co go spotyka... no cóż, tutaj nie będę zdradzać fabuły, napiszę jedynie, że życie płata mu sporo figli.

Przez karty powieści przetacza się masa różnorakich postaci. I podobnie, jak w przypadku Mateusza - są to bohaterowie prawdziwi, z krwi i kości. Tacy, jakich bez trudu sami moglibyśmy kiedyś poznać. A nawet lepiej - tacy, z którymi momentami sami moglibyśmy się utożsamiać, i których problemy nie są nam obce.
Równie realny jest książkowy świat - znajdziemy tu zarówno cuchnące i spóźniające się pociągi PKP, jak i piękne, odludne polskie krajobrazy. Większość akcji toczy się jednak w moim ukochanym Krakowie.

Przyzwyczajona do książek kryminalnych i fantastycznych bałam się, że powieść obyczajowa może mnie znudzić. Tymczasem Wyznania pizzonosza czytało mi się równie dobrze, jak powieści choćby Terry'ego Pratchetta. Nim się obejrzałam, dotarłam do ostatniej strony i byłam porządnie rozczarowana, że to już koniec. Przy czym samo zakończenie było bardzo udane i idealnie pasowało do reszty książki.

Wyznania pizzonosza to powieść skierowana przede wszystkim dla nastolatków. Chyba bardziej dla dziewczyn, niż dla chłopaków, ale kto wie - może panowie też polubiliby głównego bohatera? Mnie w każdym razie podobało się i gorąco polecam wam tę powieść.



Jasssne... - powiecie pewnie teraz - Jak mamy uwierzyć w to, że oceniłaś powieść swojej przyjaciółki całkowicie obiektywnie, skoro piszesz o tej książce w samych superlatywach?

No więc błędy... Oczywiście, że takie się pojawiają... (pięć minut później, po dokładnym zastanowieniu się i przeanalizowaniu sprawy)... Tak, są w książce pewne błędy.

Można się doczepić, że w Wyznaniach pizzonosza jest za dużo product placementu - zarówno rzeczowego, jak i osobowego. To może trochę denerwować. Ale z drugiej strony - halo - narratorem jest WSPÓŁCZEŚNIE żyjący młody człowiek. Powieść nie byłaby więc realistyczna, gdyby Mateusz opowiadał nam, że wypił piwo XXX, a w pokoju miał zawieszony plakat słynnej aktorki filmowej - panny Igrekowej.

Z psychologicznego punktu widzenia, wypowiedzi głównego bohatera nie są idealne. Gdzieś słyszałam, że panowie konstruują zdania krótsze, niż kobiety. Tymczasem Mateuszowi często zdarza się tworzyć wypowiedzi bardzo złożone... No dobrze, ale uznajmy, że chłopak jest inteligentny i oczytany, a co za tym idzie - skonstruowanie zdania składającego się z więcej, niż kilku słów nie jest dla niego problemem.

Inna sprawa, że Mateusz jest zbyt grzeczny. Czy normalny, współczesny dwudziestolatek powiedziałby lub choćby pomyślał "Niech mnie piekło pochłonie!" "Ładne rzeczy!" albo "O nie!" Nie wydaje mi się. Prędzej te wszystkie wykrzyknienia zastąpił by jednym, krótkim "Cholera!" albo jeszcze krótszym wyrazem zaczynającym się na K. Ale wyobrażacie sobie jak wyglądałaby książka, w której ktoś starałby się realnie odwzorować strumień świadomości współczesnego młodego człowieka? Przekleństwa stanowiłyby w niej połowę treści i chyba żaden wydawca nie podjąłby się publikacji czegoś takiego.


Trzecia i ostatnia rzecz, która mi się nie podobała, to cytaty z piosenek. Nie były złe, ale moim zdaniem było ich w książce trochę za dużo. Przy czym mnie wydało się to przekombinowane, ponieważ sama raczej nie myślę cytatami. Ale może istnieją ludzie, który mają właśnie taki tok rozumowania.

Przyznaję - Wyznania pizzonosza nie są arcydziełem, które przejdzie do historii literatury. Ale przecież książka nie została napisana po to, by startować do nagrody Nike. Z założenia miała to być lektura dla nastolatków - lekka, pouczająca, momentami zabawna, a czasami wzruszająca. I pod tym względem powieść Kasi spisuje się idealnie.

Jeszcze raz gorąco polecam wam Wyznania pizzonosza do przeczytania. Raz poskąpcie i zjedzcie gorący kubek zamiast pizzy, a za zaoszczędzone pieniądze kupcie tę książkę (tą książkę? sorry, ale nigdy nie wiem, jak się to diabelstwo odmienia). Naprawdę nie będziecie żałować! A przy okazji - wspomnijcie o Wyznaniach pizzonosza znajomym. Może oni także się skuszą.

oczko

Fazy życia serialu

Jak już wspomniałam wczoraj - tutejsze Dyrdymały nie zostaną całkowicie ogołocone z tematyki filmowo-serialowej. Będę was tutaj wciąż gnębić moimi ogólnymi przemyśleniami z tym związanymi.

Większość osób powie zapewne, że seriale powstają, potem są emitowane, a na końcu ktoś zabija je cancelem lub też umierają one śmiercią mniej brutalną i bardziej naturalną polegającą na sensownym zakończeniu. Ja postanowiłam nieco bardziej zastanowić się nad tym tematem. I wyszło mi, że faz życia każdego serialu jest trochę więcej i są one znacznie bardziej skomplikowane niż to, co napisałam we wcześniejszym zdaniu. Jak to według mnie wygląda? Już piszę.

Wstrząśnięty, nie zmieszany
Pierwszy etap, przez które muszą przejść chyba wszystkie odcinkowe produkcje. Trzeba zdobyć widza. Tylko, jak to zrobić? Oczywiście można pójść po najprostszej linii oporu - stworzyć sympatycznych bohaterów, śmieszne dialogi i dość wartką akcję. Ale nie oszukujmy się, w dzisiejszych czasach to może nie wystarczyć. Teraz widzem trzeba wstrząsnąć. Pokazać, że show będzie innowacyjny, wyrazisty, bez cenzury i porządnie wgniatający w fotel. Ale jednocześnie należy to wszystko zrobić z umiarem. Bo zbyt duża dawka emocji może sprawić, że widz poczuje się zmieszany i zmieni kanał na inny. A to zazwyczaj prowadzi do tego, że stacja telewizyjna anuluje serial, nim jego twórcy zdążą powiedzieć "dajcie nam jeszcze jedną szansę, poprawimy się w drugim sezonie".

Co wy na to?
Produkcja przebrnęła przez grząski grunt pierwszego sezonu, zdobyła sporą widownię i uznanie stacji telewizyjnej. Teraz scenarzyści mogą sobie pozwolić na eksperymentowanie. Dodajmy trochę tego i odejmijmy tamtego. A potem zobaczmy, jak to łykną widzowie. Jeśli się uda, oglądalność wzrośnie, a producenci dadzą zielone światło na kolejne próby ulepszania serialu. Gorzej, jeśli eksperyment się nie powiedzie, a widz zacznie sobie wyrywać włosy z głowy i krzyczeć, że to przecież nie jest ten sam serial, który oglądał przed wakacyjną przerwą. A wtedy albo produkcja zostanie zamknięta albo też...

Ja wam pokażę!
Jeśli poprzedni sezon serialu okazał się nieudany, a nad scenarzystami zawisła groźba utraty pracy, czas wziąć się do roboty. Koniec z eksperymentowaniem, wróćmy do tego, co kiedyś podobało się widzom. Ale dajmy z siebie jeszcze więcej, niż w pierwszym sezonie!
Zazwyczaj takie podejście do sprawy działa cuda i nagle okazuje się, że serial, który właśnie mieliśmy zamiar przestać oglądać z powodu kiepskiej fabuły, odbija się od dna i odkrywany, że śledzenie akcji w kolejnych odcinkach daje nam frajdę większą, niż kiedykolwiek wcześniej. Niestety to jest także ten moment, w którym osiągnięto szczyt i pozostaje już tylko zejście na niższy poziom.

Cisza i spokój
Gdy serialowi uda się przejść przez góry i doliny, wypływa on na spokojne wody stałej ilości widzów i brnie do przodu popychany wiatrem w postaci gotówki wykładanej przez stacje telewizyjne. Publiczność wie, że lubi ten serial, przyzwyczaiła się do niego, włączanie telewizora w porze emisji stało się dla nich automatyczną czynnością. A scenarzyści wiedzą, czego chcą widzowie i stale im tego dostarczają. Taki zrównoważony stan rzeczy jest dobry, ale tylko przez chwilę. Po dłuższym czasie zaczyna się bowiem nuda, czyli coś, za czym nikt nie przepada. A zwłaszcza widzowie. Oczywiście zdarzają się przypadki, w których taki stan wegetacji może trwać niemal bez końca (na przykład przez 157862 odcinków). Ale na ogół scenarzyści biorą się w garść i postanawiają rozruszać rozleniwioną fabułę serialu.

Macie, co chcecie
Dobre pomysły kiedyś muszą się skończyć. Ale co ma począć scenarzysta, którego wena opuściła tuż przed rozpoczęciem zdjęć do nowego sezonu? Trzeba wymyślić jakieś historie do najbliższych dwudziestu odcinków, a w głowie pustka! Nie wiem, jak biedni scenarzyści radzili sobie z tym problemem kiedyś, ale obecnie na szczęście jest internet. A w nim strony fanowskie, fora i blogi, z których scenarzysta może dokładnie się dowiedzieć, czego pragną widzowie. I voila, fabuła na najbliższe pięć odcinków wymyślona! Problem jednak w tym, że ludzie tak naprawdę nie wiedzą, czego chcą. Na wiosnę narzekają na upały i pragną chłodu, zimą marzną i chcą większej ilości słońca. I nawet jeśli serialowi scenarzyści spełnią wszystkie zachcianki fanów, ci niedobrzy stwierdzą, że tak naprawdę liczyli na coś zupełnie innego. Zgadza się, drodzy scenarzyści - spełnianie zachcianek widzów to najgorszy pomysł z możliwych! Prowadzi do tego, że w serialowym uniwersum zaczyna panować chaos - powstają nowe, nic nie znaczące wątki, które potem są w beznadziejny sposób rozwiązywane, znikają bohaterowie, których potem trzeba w jakiś dziwaczny sposób przywracać od życia i tak dalej. Najpierw widzowie, a potem producenci tracą cierpliwość. A ci drudzy zaczynają dodatkowo ostrzyć katowski topór...

To już jest koniec!
To będzie ostatni sezon, nie ma szans na kontynuację. Ale pozostał do stoczenia jeszcze ten jeden bój i pytanie, czy wróci się z niego z tarczą, czy na tarczy. Jeśli scenarzyści są w porządku, to postarają się, żeby widzowie spędzili ostatnie chwile z serialem możliwie miło, by wszystkie wątki zostały w sensowny sposób zakończone, a po obejrzeniu finałowego odcinka każdy westchnął, że NIESTETY to już koniec. Ale świat byłby zbyt idealny, gdyby istnieli w nim tylko tacy scenarzyści, którzy są w porządku wobec fanów. Bo niestety niektórzy z nich wychodzą z założenia, że wystarczy przez cały finałowy sezon nudzić i wymyślać głupoty, a w ostatnim odcinku zrobić deus ex machina, który sprawi, że długo po napisach końcowych widzowie będą tępo wpatrywać się w telewizor i myśleć WTF?! Oczywiście nieuczciwi scenarzyści powiedzą nam, że to był taki żartobliwy twist na pożegnanie, i że tylko głupek nie zrozumie, o co im chodzi... A producenci telewizyjni, żeby nie wyjść na takich właśnie głupków, zatrudnią później takich samych scenarzystów do następnych seriali, ech.

Oczywiście to wszystko, co zostało wyżej zaprezentowane, jest umowne. Poszczególne fazy życia serialu nie zawsze występują jedna po drugiej i czasem lubią się cyklicznie powtarzać. Nie wiem, czy ten podział jest dobry, ale nie wydaje mi się, żeby był zły. A może wy macie inny pomysł na fazy rozwoju seriali? Jeśli tak, to nie leńcie się i napiszcie!


EDIT: Dostałam cynk od Kasi, że w sondach mogą głosować tylko osoby zalogowane na Livejournalu. Naprawiłam ten problem i teraz ocenić ten wpis powinni już móc wszyscy.
avatar

Dyrdymałowy rozłam czwarto-październikowy

Świat wciąż się zmienia, nieustannie brnie do przodu. Oczywiście czasem człowiek myśli sobie: "cholera, ileż można, przydało by się coś bardziej na stałe". I stwierdza: "Postęp? Nie dziękuję, idźcie sobie dalej beze mnie". Wcale się temu nie dziwię. Nieraz sama chciałabym rzucić wszystko i zamieszkać w odciętej od świata chatce w lesie. Ale niestety tak się nie da. Owszem, można się zaprzeć i zrezygnować z dobrodziejstw, jakie daje nam dzień dzisiejszy. Jednak w efekcie pewnego dnia ockniemy się w świecie jutra, który będzie nam jeszcze bardziej obcy niż dzisiejsza rzeczywistość.

Nie jestem wielką fanką technicznych nowości, ale wiem, że jeśli nie nauczę się ich obsługi teraz, małymi kroczkami, to za jakiś czas może się okazać, że żeby stworzyć głupi dokument tekstowy, będę musiała przeskoczyć technologiczną przepaść. A tego nie życzę ani sobie, ani nikomu innemu.

A piszę wam o tym wszystkim z powodu tumblra. To taki serwis blogowo-twitterowo-społecznościowy. Internauci w USA go lubią i coś mi mówi, że będzie z tym tumblrem podobnie, jak z facebookiem - nim się obejrzymy, a wszyscy w Polsce zaczną na nim pisać. Już od dawna kusiło mnie, żeby to diabelstwo przetestować, ale nie miałam pomysłu na zupełnie nowego bloga, a przenoszenie w tamto miejsce Dyrdymałów wydawało mi się zarówno ryzykowne, jak i trochę bez sensu. Ostatnio doznałam jednak oświecenia i postanowiłam dokonać rozłamu, którego owocem stały się



Założenie jest takie, że D-F-S ma być blogiem poświęconym konkretnym tytułom filmów i seriali oraz osobom związanym z branżą telewizyjno-kinową. Z kolei inne, bardziej ogólne i wydumane przemyślenia na powyższe tematy wciąż będziecie mogli znaleźć tutaj. Podobnie z resztą, jak moje dyrdymały o wszelkich innych rzeczach.

Co ważne: D-F-S jest pewnego rodzaju eksperymentem. Jeśli tumblr mi się nie spodoba i stwierdzę, że jednak w tym wypadku nie potrafię iść za postępem, to za miesiąc rozłam się skończy i wszystko będzie tak, jak było wcześniej.

Tymczasem proszę was, moi mili czytelnicy - zróbcie mi przyjemność i zajrzyjcie raz na jakiś czas na D-F-S.


EDIT: Dostałam cynk od Kasi, że w sondach mogą głosować tylko osoby zalogowane na Livejournalu. Naprawiłam ten problem i teraz ocenić ten wpis powinni już móc wszyscy.
avatar

Pożegnanie z INIB-em

To zabawne, ale z pięciu lat studiów Informacji Naukowej i Bibliotekoznawstwa najlepiej w pamięci wyryły mi się wakacje zaraz po maturze oraz pierwszy rok nauki na uniwersytecie (i nie, później nie zaczęłam nadużywania alkoholu, który to mogłoby doprowadzić do mniejszej ilości wspomnień z następnych lat studiów!).

Pamiętam, że gdy w 2006 roku zdawałam maturę, byłam pełna nadziei i wiary we własne możliwości. Świat należał do mnie, a wszystko jawiło się w jasnych barwach. Później jednak zaczęły się rozczarowania. Pierwszy raz brutalna rzeczywistość mocno trzepnęła mnie w tył głowy, gdy nie dostałam się na wymarzone studia na reżyserię w Katowicach. W ciąż byłam jednak pełna optymizmu. Bo przecież Kieślowski (którego imieniem nazwany był Wydział Radia i Telewizji, gdzie starałam się dostać) zdawał na reżyserię pięć razy zanim w końcu został przyjęty. Postanowiłam więc, że swoich sił w Katowicach będę próbować jeszcze raz, za rok. Ale nie chciałam robić sobie przerwy w życiorysie zaraz po maturze. Postanowiłam więc podjąć inne studia. Znowu byłam pozytywnie nastawiona, bo przecież w szkole byłam piątkową uczennicą, a matura poszła mi dość dobrze. Ale brutalna rzeczywistość przypomniała o sobie po raz drugi. Okazało się, że moje wyniki nie były dość dobre, przez co nie dostałam się ani na filmoznawstwo, ani na kulturoznawstwo, ani na żadne inne studia, które wydawały mi się fajne. Pod koniec wakacji udało mi się dostać tylko w dwa miejsca: na Informacje Naukową i Bibliotekoznawstwo na Uniwersytecie Śląskim oraz na identyczny kierunek na Uniwersytecie Jagiellońskim.

UŚ kusił mnie straszliwie, bo w końcu był w Katowicach, gdzie znajdowała się też moja wymarzona reżyseria. Ale gdy poszłam złożyć tam papiery, trochę się przestraszyłam. Dzień był wtedy pochmurny i deszczowy, a dokumenty musiałam zanieść do ponurego, przytłaczającego, postkomunistycznego gmaszyska. Nie wyglądało to zbyt różowo. Kilka dni później pojechałam złożyć papiery także na UJ. Krakowski INIB mieścił się w nowiutkim, ślicznym kampusie na Ruczaju. I choć wiem, że wyjdę teraz na paskudną materialistkę, ale tak – właśnie z powodu tego napawającego optymizmem kampusu zdecydowałam się na UJ, a nie na UŚ. Przy czym traktowałam Kraków jako rozwiązanie tymczasowe, na zasadzie, że za rok już na pewno dostanę się na reżyserię w Katowicach.

Jeszcze przed maturą nasłuchałam się wielu strasznych opowieści o studentach. Nie bałam się co prawda przymierania głodem i mocno zakrapianych imprez. Przerażały mnie natomiast plotki na temat wyścigu szczurów i tego, że na pomoc i notatki innych ludzi z roku nie ma co liczyć. Tymczasem bardzo szybko przekonałam się, że na INIB-ie wcale nie jest tak źle. Dzień po tym, jak opuściłam pierwszy wykład, podeszła do mnie inna studentka z roku i zapytała: „Hej Asia, zauważyłam, że nie było cię wczoraj na wykładzie. Chcesz notatki?” Nie wiem, jak bardzo zdziwioną minę wtedy zrobiłam, ale uwierzcie mi, byłam naprawdę porządnie zaskoczona. A zachowanie mojej koleżanki nie było pojedynczym wyskokiem – wszyscy na roku naprawdę bardzo się zgraliśmy i zarówno pożyczanie notatek, jak i wszelka inna pomoc były u nas na porządku dziennym. Niestety pomimo tej koleżeńskiej atmosfery, nieprawdziwe okazały się historie moich rodziców, którzy uważali, że na studiach poznaje się ludzi, którzy stają się później naszymi przyjaciółmi na całe życie. W tym wypadu jednak winę częściowo poniosłam sama. Przede wszystkim nigdy nie byłam imprezowym typem – a jak wiadomo, połowę znajomości zawiązuje się przy piwie. A poza tym – mieszkałam na stancji, a na zajęcia przyjeżdżałam na rowerze – a niestety drugą połowę znajomości ludzie nawiązywali w akademikach oraz jadących na kampus autobusach miejskich. Ponadto miałam strasznego pecha, bo jak już udało mi się z kimś zaprzyjaźnić, to osoba ta pod koniec semestru zawsze rezygnowała ze studiów (tak, wiem jak to brzmi, ale uwierzcie mi – nikt nie zrezygnował ze studiów z mojego powodu!).

Będąc na pierwszym roku, tak bardzo, jak tylko się dało korzystałam z dobrodziejstw, jakie dawało mieszkanie w tak kulturalnym mieście, jakim był Kraków. Wystawy, koncerty, dyskusyjne kluby filmowe i inne podobne rzeczy, których w Zakopanem nie było wiele – na pierwszym roku INIB-u nic mnie nie ominęło (choć na drugim roku już mi się to wszystko przejadło). Pewnego razu udałam się na meeting z Jerzym Sthurem i było to jedno z najważniejszych wydarzeń w moim życiu. Jak wyobrażacie sobie Sthura? Ja myślałam, że będzie on radosnym i pogodnym człowiekiem, który podzieli się ze słuchaczami masą ciekawych anegdot ze swojego życia. Tymczasem pan Sthur okazał się być smutnym, zmęczonym życiem człowiekiem, który na dodatek stwierdził, że gdyby miał przeżyć swoje życie jeszcze raz, to nigdy nie zostałby reżyserem, ale pisarzem. Po całym tym spotkaniu stwierdziłam – nie chcę zmarnować sobie życia tak, jak Sthur i na starość być smutnym człowiekiem. Pieprzę reżyserię, zostaję na INIB-ie.

Później zaczęłam dostrzegać kolejne rzeczy, które świadczyły o tym, że studiowanie bibliotekoznawstwa jest cool. Raz, dla przykładu, gdzieś tak o drugiej w nocy zaczęłam rozmawiać na GG z koleżanką (jedną z tych szczęściar, które za pierwszym podejściem dostały się na swoje wymarzone studia). Rozmowa wyglądała mniej więcej tak:
- Czemu jeszcze nie śpisz? – zapytałam.
- A, kończę robić jakiś tam ważny projekt, który muszę jutro oddać. – przeczytałam odpowiedź – A ty czemu jeszcze siedzisz przy komputerze?
- Serial oglądam i tak jakoś się zasiedziałam…

Zgadza się, na samych studiach nie zawarłam wielu interesujących znajomości i nie robiłam ciekawych rzeczy, o których w przyszłości mogłabym opowiadać wnukom. Ale jednocześnie, to właśnie na zajęciach na INIB-ie nauczyłam się HTML-a, dzięki któremu potem stworzyłam swoją stronę internetową. Przez to, że moje studia wymagały dostępu do Internetu – po raz pierwszy zyskałam stały dostęp do sieci i dzięki temu zapisałam się na parę ciekawych for internetowych i zyskałam kilku „wirtualnych” przyjaciół. A z racji tego, że studia na INIB-ie nie były zbyt wymagające miałam czas na rozwijanie własnych zainteresowań. To z kolei sprawiło, że zdecydowałam się założyć bloga. Czy to wszystko byłoby możliwe, gdybym zamiast do Krakowa trafiła na reżyserię w Katowicach? Nie wiem, ale być może, pochłonięta reżyserowaniem nie miałabym czasu na to wszystko.

Wróćmy jednak do samych studiów. Jeden z mitów, które usłyszałam od zaprawionych studentów naprawdę okazał się faktem. Mówili mi bowiem, że matura to bzdura, że to nic w porównaniu z egzaminami podczas sesji. Ale, choć mieli rację, to i w tym wypadku okazało się, że na INIB-ie nie jest aż tak źle. Większość wykładowców okazała się bowiem być całkiem w porządku, a ich głównym życiowym celem nigdy nie było oblewanie studentów. Prawdę powiedziawszy, w trakcie pięciu lat zdarzyło mi się tylko raz uczestniczyć w sesji poprawkowej, resztę egzaminów zawsze zdawałam w pierwszym terminie, nie wysilając się przy tym zbytnio.

Nie chcę tutaj słodzić, ale z innych powodów wykładowcy także „byli spoko”. Zachowania, które moi znajomi z innych studiów uznawali u swoich profesorów za coś niezwykłego, innowacyjnego lub po prostu fajnego, u mnie na INIB-ie było często czymś codziennym. Ale to nie wszystko. Kilku INIB-owych wykładowców założyło zespół rockowy. Nieźle, co? A wicedyrektor Instutu INIB został wybrany jednym z trzech najfajniejszych profesorów na wydziale. Czy ktoś na innych studiach mógłby się pochwalić tak samo fajnymi osobami prowadzącymi zajęcia? Raczej wątpię.

Osobiście chciałam podziękować moim wykładowcom za jeszcze jedno. Gdy na ostatnim roku zaczęłam studiować dodatkowo drugi kierunek, w sytuacji gdy jakieś zajęcia kolidowały mi ze sobą, od osób prowadzących zajęcia z INIB-u zawsze słyszałam to samo: „Nie przejmuj się, studiuj sobie spokojnie drugi kierunek, wymyślimy ci jakiś inny, dogodny dla ciebie sposób zaliczenia przedmiotu”. Gdyby nie taka drobna pomoc z ich strony, prawdopodobnie nie dałabym rady studiować jednocześnie dwóch kierunków.


I nim się obejrzałam, a minęło pięć lat studiów. Chyba tak samo, jak wszędzie indziej, zdarzały się zarówno zajęcia ciekawe, jak i nudne, przedmioty mniej i bardziej przydatne w życiu. Ale co najważniejsze – czas na INIB-ie minął mi przyjemnie i bezstresowo. A teraz, patrząc na wszystko z perspektywy czasu, naprawdę cieszę się, że trafiłam na bibliotekoznawstwo, a nie na reżyserię. I jeśli wy kiedykolwiek będziecie mieli możliwość studiowania na INIB UJ, to nie bójcie się wybrać tego kierunku.
 
No tak, pewnie zastanawiacie się jeszcze, co z moją pracą magisterską. Tak więc 28 września spokojnie i bezstresowo obroniłam "Wydawnicze dzieje cyklu Ani z Zielonego Wzgórza Lucy Maud Montgomery na ziemiach polskich". W najbliższym czasie postaram się zamieścić tą pracę na mojej stronie internetowej i dać na blogu link do jej poczytania.

Aha, no i tak, zgadza się. Jestem już magistrem! :)


EDIT: Dostałam cynk od Kasi, że w sondach mogą głosować tylko osoby zalogowane na Livejournalu. Naprawiłam ten problem i teraz ocenić ten wpis powinni już móc wszyscy.