avatar

Back on board

Wróciłam z powrotem do mojego kochanego Krakowa, w cztery ściany spokojnego pokoju na stancji. Wiem, że w ostatnim czasie częstotliwość wpisów na blogu nie była zbyt duża, ale niestety natłok innych zajęć nie pozwolił mi na więcej postów. Mam nadzieję, że w październiku będę miała więcej czasu i uda mi się jakoś nadrobić zaległości. Planuję kilka nowości, może jakoś odświeżę stronę www. Oczywiście niczego nie obiecuję - zwłaszcza, że znam siebie i wiem, że zapał bardzo często przegrywa u mnie z lenistwem. Ale mam nadzieję, że przynajmniej część z tego, co sobie zaplanowałam uda mi się wprowadzić w życie.

Pierwszą zmianę chciałam zaprezentować już dzisiaj. Otóż od dłuższego czasu odnoszę wrażenie, że moje Dyrdymały nie są już tak fajne, jak były kiedyś. Boję się, że przynudzam, i że styl pisania też trochę mi się popsuł. Może się mylę, a może nie - ale nie dowiem się jaka jest prawda, jeśli wy mi tego nie powiecie. W związku z tym od dziś po każdym wpisie będę umieszczała krótką, anonimową ankietę, w której będziecie mogli oceniać, jak bardzo podobają się wam moje blogowe wypociny. Skala oceny jest trzystopniowa - po długich namysłach doszłam do wniosku, że taki sposób oceniania będzie najlepszy. Proszę was o szczere odpowiedzi - nie wciskajcie mi z litości samych dobrych ocen.

A oto sama ankieta:

EDIT: Dostałam cynk od Kasi, że w sondach mogą głosować tylko osoby zalogowane na Livejournalu. Naprawiłam ten problem i teraz ocenić ten wpis powinni już móc wszyscy.
avatar

Pękam z dumy, choć sukces nie należy do mnie

Niecały rok temu pisałam o debiucie literackim mojej przyjaciółki, Kasi. Z tym, że był to debiut cyfrowy, bo książka nigdy nie została wydana w wersji papierowej. A jak wiadomo, każdy pisarz marzy o "prawdziwej" publikacji, czyli takiej fizycznej, którą można wziąć do ręki i kupić w tradycyjnej księgarni. I nie minął rok od wspomnianego debiutu i proszę - Kasi udało się spełnić to
marzenie!

pizzonosz

Przyznaję, że zazdroszczę, ale w taki pozytywny, przyjacielski sposób. Jednocześnie pękam z dumy, no bo powiedzcie - ilu z waszych znajomych osiągnęło coś takiego? A Kasi się udało, HURRA!

Samej książki jeszcze nie przeczytałam, ale wiem, że będzie ona świetna. I już czekam na jej kolejne dzieła Kasi, bo wierzę, że na tym jednym się nie skończy.

A przy okazji - nie wyobrażacie sobie, jak wiadomość o takim debiucie może pozytywnie nastroić człowieka. Kasia pochwaliła mi się kilka godzin temu, a mnie do tej pory uśmiech nie schodzi z twarzy. :)
avatar

BlogDay 2011

Tak, jak napisałam wczoraj: choć zdaje się, że organizatorzy zapomnieli o dzisiejszym święcie, ja mimo wszystko mam zamiar poświęcić BlogDay'owi dzisiejszy wpis.

Ale cofnijmy się najpierw trochę wstecz. Rok temu BlogDay nie zagościł na Dyrdymałach, ponieważ byłam wtedy odcięta od internetu. Z kolei po spojrzeniu na mój wpis z 2009 roku stwierdzam, że z wymienionych wtedy blogów wciąż zaglądam na trzy pierwsze, z kolei dwa ostatnie już dawno wyrzuciłam ze swoich zakładek.

Ok, to wszyskto, jeśli chodzi o wspominki. Wróćmy do dnia dzisiejszego. Oto pięć blogów, które chciałam wam, moi drodzy polecić:

Anna Wojtkiewicz - fotoblog - zacznijmy od znajomości, no bo czemu nie? Ania jest tak zwanym "dżemojadem", czyli osobą, która przyjeżdża na Podhale po to, by codziennie rano zrobić sobie kanapkę z dżemem i wyjść na wycieczkę w góry. Osoby, które żyją z turystyki nie lubią "dżemojadów", gdyż ci raczej nie wydają kasy na zakopiańskie atrakcje turystyczne. Ja z kolei uważam "dżemojadów" za prawdziwych turystów i jest to tak naprawdę jedyny rodzaj turystów, który toleruję... A Ania jest przy okazji moją przyjaciółką i wydaje mi się, że lubiłabym ją nawet wtedy, gdyby "dżemojadem" nie była... W każdym razie, wracając do jej blogu - jest to fotoblog prezentujący naprawdę fantastyczne zdjęcia zrobione przez Anię. Przeważa tematyka górska, ale zdarzają się wyjątki od tej reguły. Jedyne, co mnie smuci to fakt, że Ania niestety nie publikuje nowych fotografii zbyt często. Ale jak już pojawi się nowy wpis, to naprawdę jest co oglądać. Blog polecam wszystkim, nie tylko miłośnikom górskich wspinaczek.

Chata Wuja Freda
- komiks tworzony przez Kobietę Ślimak. Żarty są niegłupie, rysunki całkiem niezłe, ale najlepsze w tym wszystkim jest to, że te obrazkowe historyjki moim zdaniem naprawdę dobrze oddają rozterki ludzi, że tak powiem "mojego pokolenia". Nowe wpisy pojawiają się dość regularnie, średnio raz w tygodniu. Ale uwaga! Jeśli wejdziecie na tą stronę to przygotujcie się na to, że nie odejdziecie od komputera, dopóki nie przeczytacie wszystkich komiksów! Żeby nie było, że nie ostrzegałam!

Big Picture - blog prowadzony przez pracownika The Boston Globe. Trzy razy w tygodniu, w każdy poniedziałek, środę i piątek pokazywane są na nim fotografie obrazujące najnowsze wydarzenia światowe. Każde zdjęcie zrobione przez profesjonalistę i prezentowane w dużym formacie. A wiele z nich naprawdę robi wrażenie.

Plakaty Filmowe - tak, jak mówi tytuł: autor blogu skupia się na plakatach filmowych. Chwali lub krytykuje te najnowsze, czasami prezentuje także starsze dzieła, które stały się pewnego rodzaju rozpoznawanymi przez wszystkich ikonami. Czasem, gdy ktoś słyszy krytykę swojej pracy, na obronę mówi coś w  stylu "jak żeś taki mądry, to spóbuj sam zrobić coś lepszego". Autor "Plakatów Filmowych" nie ogranicza się do samych słów i czasem udowadnia, że naprawdę można lepiej - jego wersje plakatów do niektórych filmów można znaleźć na deviantART - strona jest zalinkowana na blogu.

W dziesięciu zdaniach - jak wiele można wyrazić w dziesięciu zdaniach? Ja, paskudna grafomanka odpowiedziałbym, że niewiele. Tymczasem autor blogu udowadnia, że dziesięć zdań wystarczy na naprawdę niezłą recenzję filmu lub książki. Jedyny problem polega na tym, że od czerwca nie pojawił się żaden nowy wpis. Mam nadzieję, że to tylko wakacyjna przerwa, ale boję się, że blog mógł upaść. Trzymam jednak kciuki za to, by został na nowo reaktywowany.
avatar

Przypominam, że...

Nie wiem, czy to święto jest jeszcze obchodzone (bo na oficjalnej stronie wciąż wiszą loga z zeszłego roku). Mam jednak nadzieję, że choć organizatorzy zapomnieli, to internauci - nie. Ja w każdym razie pamiętam i przypominam, że:
Jutro BlogDay!
...więc żeby nie było, że ktoś zapomniał, bo nikt mu o tym nie przypomniał. ;)
oczko

Czy warto stracić głowę dla Sali samobójców?

O filmie było głośno i nawet, jeśli ktoś go nie widział, wie mniej więcej, o czym obraz opowiada. "Sala samobójców" - to hasło wprawia rodziców nastolatków w zakłopotanie, a same dzieciaki zobaczywszy tytuł klikają "lubię to" i piszą komentarze stwierdzające, że był to najlepszy film ever. Ja na Salę samobójców spojrzałam bardziej na chłodno, bo w końcu znajduję się gdzieś "po środku", nie będąc jeszcze rodzicem i już nastolatką.



Sali samobójców na pewno nie można odmówić świetnie wykreowanego klimatu. Przytłumione kolory, oszczędna scenografia no i sceny ze świata wirtualnego. Te ostatnie zwłaszcza zasługują na brawa za to, że tak świetnie odegrały swoją rolę. Nie są to super animacje w 3D. Wręcz przeciwnie - cyfrowo wygenerowane postaci są kwadratowe i na graczach komputerowych zapewne nie robią wrażenia. Zamiast tego potęgują poczucie odrealnienia. Dlatego moim zdaniem bardzo dobrze, że twórcy filmu zainwestowali w taką właśnie nieudolną animację.
Poza tym naprawdę dobrze spisali się wszyscy aktorzy grający w filmie.


Niestety na ocenie formy mój zachwyt na się kończy. Bo treść nie była już taka fajna. Poniewieranie Sali samobójców zacznę od głównego bohatera. Jest nim buc, jakich mało, rozpieszczonym gnojek z dobrego domu - Dominik. Podczas całego filmu zrobiło mi się go żal tylko w scenie walki judo. Poza tym ani przez chwilę nie poczułam do niego sympatii. Z początku myślałam, że film pokaże przemianę chłopaka, ale nie dostrzegłam, by coś takiego miało miejsce. Druga sprawa, to relacje Dominika z innymi ludźmi. Początkowo poznajemy więc Dominika-kozaka, który gnoi wszystkich tych, których nie lubi i za wszelką cenę stara się zdobyć aprobatę osób, które uważa za przyjaciół - nawet jeśli ci oczekują od chłopaka, by robił rzeczy poniżające. W tym wypadku sytuacja z czasem także nie ulega zmianie, gdyż wirtualni kumple Dominika okazują się tacy sami, jak jego koledzy ze szkoły. Biedny chłopak "nic nie musiał", ale tylko doputy, dopóki nie kazano mu załatwić tabletek antydepresyjnych.


Kolejnymi niezbyt dobrze sportretowanymi postaciami byli rodzice Dominika. Rozumiem, że w ramach pokazania, że jabłko pada niedaleko od jabłoni musieli oni być jeszcze większymi dupkami od syna. Nie pojmuję natomiast ich zachowania po próbie samobójczej Dominika. Bo każdy zdrowo myślący człowiek, po takim zdarzeniu po pierwsze nie wstawiałby nowych drzwi do pokoju dziecka. Po drugie - gdyby chłopak mimo wszystko, jakimś sposobem zabarykadował się w pokoju, to wystarczyłoby przestać serwować mu jedzenie, a po pewnym czasie, wygłodniały na pewno dał by za wygraną i opuścił swoją samotnię. I wreszcie przede wszystkim - gnojkowi natychmiast należałoby odciąć internet. Każda super niania doradziłaby te trzy rzeczy!


Kolejną rzeczą, któa nie podobała mi się w filmie był brak dobrego zakończenia z morałem. No bo jaki był końcowy przekaz Sali samobójców? "Rodzice, poświęcajcie więcej czasu swoim dzieciom, bo inaczej gówniarze strzelą sobie samobója", "dzieci, popełnienie samobójatwa jest głupie" - to wszystko brzmi zbyt błacho i sprowadza się do sloganów, które wszyscy znają. Przeszkadzało mi też zbyt wiele niedopowiedzeń, które wcale nie nakłaniały do refleksji, tylko sprawiały wrażenie, iż scenarzyści nie wiedzieli, jak rozwiązać pewne wątki. Dla przykładu - o co chodziło z tą Sylwią wybiegającą z pokoju? Czy dziewczyna wyszła z domu po raz pierwszy po trzech latach, czy może po prostu - całe jej gadanie o zrezygnowaniu z realnego życia było tylko ściemą? Według mnie tą oraz kilka innych spraw  należałoby jednak wyjaśnić.



Sala samobójców nie była złym filmem, ale wbrew temu, co piszą w necie - nie jest to także arcydzieło. A moja dość surowa ocena spowodowana jest główie tym, że widziałam wcześniej Chumscrubbera (polski, idiotyczny tytuł filmu to Miłego dnia?) i wiem, że o wyalienowaniu nastolatków można opowiedzieć lepiej, ciekawiej, sympatyczniej, z lekkim przymrużeniem oka oraz happy endem. Jednocześnie jednak podobieństwo komputerowych postaci z Sali samobójców do tytułowego Chumscrubbera sprawia, że podejrzewam, iż ktoś tu mógł się kimś innym zainspirować.


Niewątpliwie twórcom Sali samobójców zależało na tym, by w jakiś sposób zreflektować widzów. W moim przypadku im się to udało, przy czym moje przemyślenia nie były chyba do końca takie, o jakich filmowcy marzyli.

Czy jestem zimną, nieczułą babą, skoro nie poruszył mnie ten film? - to było pierwsza, co przeszło mi przez myśl. - I czy przez to, że oglądam dużo seriali z USA, stałam się tak zamerykanizowana, że łatwiej jest mi zrozumieć rozterki bihaterów Chumscrubbera, niż Sali samobójców?

Hmm, to pewnie dlatego, że nie rozumuję tak, jak współczesne nastolatki. - uspokoiłam się, ale tylko na chwilę... - Cholera, jeśli teraz nie jestem w stanie pojąć sposobu myślenia ludzi zaledwie o kilka lat ode mnie młodszych, to jak ja się w przyszłości dogadam z moimi własnymi dziećmi! Niech to szlag!

A co by było, gdybym obejrzała ten film jeszcze chodząc do szkoły? - spróbowałam rozumować w nieco inny sposób. - Cóż, pewnie któregoś dnia w ramach focha zamknęłabym się w pokoju i założyła konto na Second Life... Tylko, że będąc nastolatką nie miałam w pokoju komputera, w domu internetu, a w ogóle to pokój musiałam dzielić z siostrą... - jak widać, to myślenie także zaprowadziło mnie do nikąd.


Po tym wszystkim przypomniałam sobie z kolei, że raz przeczytałam dość przygnębiający artykuł dotyczący seksu wśród nastolatków. Pokazałam zatrważające statystyki mojemu tacie, a ten spokojnie stwierdził, że ta pani z Warszawy, która napisała ten artykuł, na pewno nie przeprowadziła badań w całym kraju, tylko na własnym podwórku, a potem jedynie napisała, że tak jest w całej Polsce. Może więc z Salą samobójców jest tak samo, jak z seksem wśród nieletnich opisanym w tamtym artykule - pokazano nam skrajność, by nas zszokować, ale szara rzeczywistość jest tak naprawdę dużo mniej przerażająca.
  • Current Music
    Alison Krauss
  • Tags
walking

Filmy są jak pudełko czekoladek...

... bo nigdy nie wiadomo, co się akurat trafi.
Czasem tak się zdarza, że usłyszy się tytuł, zobaczy zwiastun lub przeczyta recenzję i człowiek myśli sobie "ach, więc ten film na pewno tak będzie wyglądał". I zazwyczaj okazuje się dokładnie taki, jak oczekiwaliśmy. Ale czasem jest zupełnie inaczej. Dzisiejszy wpis będzie o takich właśnie zaskoczeniach - zarówno tych pozytywnych, jak i negatywnych.

Percy Jackson
Kiedy kilka lat temu na półkach księgarń pojawił się cegłowaty, pierwszy tom przygód Percy'ego Jacksona, który jakiś mądrala opatrzył komentarzem, że jest to amerykański odpowiednik Harry'ego Pottera, powiedziałam sobie, że nie, że dziękuję. Bo raz, że Potter mi wystarczał, dwa, że imię Percy wydało mi się kretyńskie i w końcu trzy - opowieść o chłopcu, który jest synem Posejdona sprawiała wrażenie zbyt przekombinowanej. Książki do tej pory nie przeczytałam, ale za to ostatnio obejrzałam jej ekranizację. I okazało się, że Percy bije o głowę Pottera. Czemu? Powód jest prosty - przygody amerykańskiego bohatera są pozbawione patosu, który niemal non stop towarzyszy brytyjskiemu czarodziejowi. Jackson nie jest cudownym dzieckiem oznaczonym efektowną blizną i nie musi walczyć ze złym, straszliwym antagonistą, którego wszyscy inni się boją. No dobrze, Percy jest co prawda synem olimpijskiego boga - ale jak możemy się dowiedzieć w filmie - Zeus, Posejdon i spółka nie przestali świntuszyć z ludźmi w czasach antycznej Grecji. Robią to do dziś i nie uznają stosowania środków antykoncepcyjnych, bo na Ziemi aż roi się od ich dzieciaków. I Percy jest po prostu jednym z nich. A jego przygody ogląda się bardzo przyjemnie. Jedyne, co mnie raziło, to kilka idiotycznych zachowań bohaterów (utnijmy hydrze głowę, hurra, czemu nie!), ale poza tym film był naprawdę ok.

Secretariat
Lubię filmy o wyścigach konnych mimo, iż ich zakończenia są dość przewidywalne. Wiadomo, że zwierzak, który jest głównym bohaterem wygra wielki wyścig. Jeśli dodatkowo mamy do czynienia z "true story", to niemal pewne jest, że jakiś życzliwy pismak umieści w opisie dzieła zdanie: "film oparty na faktach autentycznych, opowiada historię konia, który wygrał wyścig". Ale pomimo to, filmy takie jak Hidalgo lub Seabiscuit oglądało mi się naprawdę dobrze, a w finałowych gonitwach zawsze mocno trzymałam kciuki za głównych bohaterów. Myślałam, że podobne emocje będą mi towarzyszyć podczas podziwiania zmagań Secretariata, ale się rozczarowałam. Bo choć sam film nie był zły, to fabuła zamiast na dzielnym rumaku, skupiała się głównie na losach jego właścicielki i jej rodzinnych zmagań. Z tego też powodu wyszło z tego kino bardzo obyczajowe. A ja, ponieważ zasiadłam przed telewizorem licząc na zapierające dech w piersiach pościgi, po seansie byłam dość znudzona i niezadowolona.

King Kong (Petera Jacksona)
Nigdy nie byłam fanką filmów o wielkiej małpie i przez wiele lat do filmu Jacksona w ogóle mnie nie ciągnęło. Po prostu myślałam, że to nie będzie fajne. Ale ostatnio miałam przyjemność obejrzeć reżyserską, trzygodzinną wersję filmu. O dziwo prawie wcale mi się nie dłużyło. Bohaterowie zostali zaprezentowani ciekawie, a same wydarzenia przedstawione w efektowny sposób. Najlepsza była oczywiście środkowa część filmu, w której poza King Kongiem pojawiły się także dinozaury i inne krwiożercze bestie. Najgorzej z kolei wypadła końcówka - ale może to dlatego, że wiedziałam, jak skończą się losy gigantycznego goryla. W każdym razie - film choć nie jest arcydziełem okazał się dużo lepszy, niż przypuszczałam.

Wzgórza mają oczy
Nie miałam zielonego pojęcia o fabule filmu, wiedziałam jedynie, że miał to być jakiś straszny film. Po przeczytaniu tytułu spodziewałam się jakiegoś thrileru, którego akcja będzie działa się na osnutych mgłą angielskich wzgórzach. A tu suprise - bo okazało się, że tytułowe wzgórza znajdują się na pustynnych obszarach USA, tam, gdzie kiedyś testowano bomby atomowe. Początek był obiecujący, potem zrobiło się nudno, a pod koniec rzeczywiście strasznie... z tym, że niestety strasznie paskudnie. Bo dobre straszne filmy to takie, podczas oglądania których człowiek ze strachu obgryza paznokcie aż do łokci, a potem boi się samemu pójść do łazienki. To takie filmy, w przypadku których boimy się po prostu tego, że za rogiem czai się psyhol z siekierą lub innym ostrym narzędziem. Tymczasem w przypadku złych strasznych filmów czujemy lęk bo wiemy, że jak czający się za rokiem psyhol z siekierą lub innym ostrym narzędziem dopadnie swoją ofiarę, to w stronę kamery polecą jej bebechy i hektolitry krwi, a nam z tego powodu przestanie smakować popkorn. Wzgórza mają oczy były niestety sztandarowym przykładem złego strasznego filmu. Nie dość, że zamiast strachu wywoływał jedynie mdłości, to na dodatek był cholernie nudny. Lepiej sobie darujcie i Wzgórza mają oczy omijajcie z daleka.

Stowarzyszenie Wędrujących Jeansów
Kolejny film na podstawie książki, której nie przeczytałam. Spodziewałam się głupiej komedii romantycznej dla nastolatek - a okazało się, że jest to dość obyczajowy film. I mimo iż pojawiają się w niej zarówno wątki komediowe, jak i romantyczne, to fabuła przede wszystkim mądrze opowiada o dorastaniu, radzeniu sobie ze zmianami zachodzącymi w życiu i akceptowaniu samego siebie... Przy czym Stowarzyszenie... to jednak typowo "babskie kino". I jeszcze jedno: obejrzałam obydwie części, ale pierwsza była znacznie lepsza.

Thor
Zazwyczaj podobają mi się ekranizacje komiksów Marvela. Dla przykładu: dwa filmy o Iron Manie uważam za dość udane. Myślałam więc, że Thor również będzie dobry. A tu znowu - choć nie było źle, to spodziewałam się czegoś innego, lepszego. Przede wszystkim liczyłam na to, że "wątek asgardzki" będzie potraktowany drugoplanowo, a większa część filmu przedstawiać będzie upadłego boga, który stara się uporać ze swoją śmiertelnością oraz ziemską rzeczywistością. Tymczasem twórcy Thora poszli na łatwiznę i woleli zafundować widzom przede wszystkim efektowne, komputerowo wygenerowane asgardzkie potyczki. Poza tym zachowania głównego bohatera wydały mi się dość nieprawdopodobne. Co prawda zaraz po wylądowaniu na ziemi Thor prawidłowo - wykrzykiwał "jestem bogiem" i nie potrafił zrozumieć, że zderzenie z rozpędzonym samochodem może być bolesne. Potem jednak - ni stąd, ni z owąt koleś zmienił się w stuprocentowego śmiertelnika o dobrych manierach, który potrafił przyrządzić i podać śniadanie do łóżka. Druga sprawa, że Thor, który w pierwszej części filmu dzielnie wymachując szabelką młotem namawiał pobratyńców do wojny z Lodowymi Gigantami, pod koniec, z jakiegoś zupełnie dla mnie niezrozumiałego powodu zmienił zdanie i stwierdził, że zabijanie Lodowych Gigantów jest złe. Innymi słowy - ta cała przemiana głównego bohatera wydawała mi się sztuczna i całkowicie nieprawdopodobna. A sam film był po prostu taki sobie.

Robin Hood (Ridley'a Scotta)
Książę Złodziei z Kevinem Costnerem w roli Robin Hooda był moim zdaniem świetnym filmem i nie odczuwałam potrzeby zobaczenia nowej wersji przygód legendarnego łucznika. Tym bardziej, że zwiastuny filmu Scotta były tak pełne patosu, że podczas ich oglądania popkorn stawał mi w gardle. Bardzo ostrożnie zasiadłam więc ostatnio do obejrzenia tego filmu, z postanowieniem, że jeśli pierwsze dziesięć minut okaże się kiepskie, to nie będę oglądać dalej. No i dotrwałam aż do końcowych napisów. Jak się okazało prawie wszystkie patetyczne sceny pochodziły z trailera, a reszta była bardzo przyjemna w oglądaniu. Ale brawa należą się głównie za to, jak Scott podszedł do historii sławnego banity. Otóż w filmie Robin nie jest szlachetnie urodzonym młodzieńcem, który postanowił towarzyszyć wspaniałemu Ryszardowi Lwie Serce w krucjacie. Nie, w tym filmie Robin to człowiek "z ludu", który zaciągnął się do armii dla dobrego zarobku. Gdy niespodziewanie Rysiek Lwie Serce umiera, Robin stwierdza więc dość mądrze, że skoro organizator wyprawy kopnął w kalendarz, to żołdu raczej nie będzie i postanawia zdezerterować. W drodze na statek do Anglii napotyka napadniętego przez bandytów szlachetnie urodzonego rycerza - Robina z Loxley. Koleś jest śmiertelnie ranny i przed śmiercią prosi Robina by ten udał się do Loxley i zwrócił ojcu rycerza jego miecz. A nasz główny bohater postanawia wykorzystać zaistniałą sytuację i wędrować przez Anglię podszywając się pod zmarłego szlachcica... A to dopiero początek rozbieżności z historią Robin Hooda, którą znamy. W filmie jest niewiele rabowania, za to sporo spisków i zagrywek politycznych. Scenariusz został napisany bardziej na poważnie, przy czym nie brakuje mu kilku lżejszych momentów. Nowy Robin Hood nie jest ani lepszy, ani gorszy od swojej poprzedniej wersji. Jest po prostu zupełnie inny i wydaje mi się, że z tego powodu naprawdę warto go obejrzeć. A dodatkową zachętą niech będzie dla was Cate Blanchett, która zagrała Marion tak genialnie, że Russell Crowe wypadł przy niej po prostu blado.

Super 8
Naczytałam się o tym filmie, że jest świetny, że oddaje klimat dzieł Spielberga, że w kinie dawno nie grali czegoś tak dobrego. Głównie ze względu na to nawiązanie do Spielberga spodziewałam się więc szalonego filmu przygodowego z mnóstwem humoru sytuacyjnego. Zamiast tego otrzymałam film obyczajowy z kosmitą w tle. Super 8 starał się być wesoły, ale moim zdaniem więcej było w nim smutnych momentów. Scen akcji też nie było zbyt wiele i szczerze mówiąc - przez większość filmu naprawdę się nudziłam. Bohaterowie także nie wydawali mi się bardzo sympatyczni, nie miałam za bardzo komu kibicować. Z powodu tego wszystkiego Super 8 odebrałam bardzo źle. Jednak "prawie jak Spielberg" to nie to samo, co po prostu "Spielberg".

Wanted
Nigdy nie przepadałam za stylem gry aktorskiej Angeliny Jolie. A poza tym jakoś tak wyszło, że każdy film z jej udziałem, jak i zobaczyłam zbytnio mi się nie podobał. To znaczy - żaden nie był strasznie zły, ale jednocześnie każdemu brakowało "tego czegoś", co by sprawiło, że chciałoby się go zobaczyć ponownie. O filmie Wanted nawet nie słyszałam, ale gdybym już o nim wiedziała, pewnie darowałabym sobie seans właśnie ze względu na Angelinę. Stało się jednak tak, że pewnego dnia zupełnie przypadkiem zobaczyłam pewne, naprawdę fajne wideo na youtube (uwaga, wewnątrz są spoilery!) i pomyślałam, że skoro fanvid wyszedł tak świetnie, to może sam film także okaże się ciekawy. I tym sposobem Wanted stał się pierwszym filmem z Angeliną Jolie, który naprawdę bardzo mi się podobał (przy czym Angelina odegrała tu rolę drugoplanową, więc może to też miało znaczenie). Zalety filmu oddam wam w trzech słowach: "absurdalny, ale efektowny". Bohaterowie skaczą tutaj jak w Matrixie, strzelają podkręconymi kulami i na sto jeden innych sposobów łamią prawa fizyki oraz zdrowego rozsądku. Ale wszystko zaprezentowane jest w sposób tak miły dla oka, że widz jakoś zapomina o wszelkich absurdach fabuły. Z tego też powodu jest to idealny film na sobotni wieczór.

Zielony Szerszeń i Zielona Latarnia
Dwie świeżutkie, zielone tegoroczne premiery. W zwiastunie Szerszeń wydawał się fajny, zabawny i pełen akcji, a Latarnia głupia i kiczowata. Tymczasem okazało się, że jest zupełnie odwrotnie. To w Szerszeniu panuje nuda, żarty są kiepskie, a główni bohaterowie niezbyt sympatyczni. Z kolei Latarnia jest sprawnie nakręconym filmem sci-fi, z ładnie prezentującymi się efektami specjalnymi, wartką akcją i scenariuszem, który sprawia że film ogląda się naprawdę przyjemnie. Jeśli więc musielibyście wybierać pomiędzy Zieloną Latarnią i równie Zielonym Szerszeniem, sięgnijcie po ten pierwszy odcień zieleni.

Legion i Ksiądz
Legion był filmem, który miał w sobie naprawdę spory potencjał i gdyby akcja potoczyła się w nim nieco inaczej, to wyszło by z niego naprawdę dobre dzieło. Bo był i upadły anioł, i ponowne narodziny Jezusa w XXI wieku, i apokalipsa. Na zdrowy rozum bohaterowie takiego filmu powinni uciekać, gdzie ich nogi ponoszą, po drodze efektownie eliminując wszelkich przeciwników, jacy staną im na drodze. Ale scenarzyści powinni zrobić coś zupełnie innego - zamknąć głównych bohaterów w przydrożnej knajpie. No dobrze, można by im pogratulować innowacyjności. Ale co z tego, skoro pomysł okazał się do kitu? Było źle, ponieważ zastępy opętanych ludzi przypominających zombiaki falowo atakowali feralną knajpę. Pierwsza fala: ludzie broniący knajpy odpierają atak, ale kilku z nich ginie. Druga fala - to samo. Trzecia - także. I tak dalej. Nudne, prawda? To właśnie dlatego w apokaliptycznych filmach ludzie powinni przez cały czas uciekać, zamiast siedzieć w jednym miejscu. A jeśli już chcą się gdzieś zaszyć, to scenarzyści powinni dostarczyć im bardziej zróżnicowanych atrakcji.
Zniechęcona Legionem nieco ostrożnie zaczęłam oglądać Księdza (którego wyreżyserował ten sam facet). I tu czekało mnie bardzo pozytywne zaskoczenie, bo ten drugi film, choć równie głupi, okazał się wypełniony dużo większą dawką akcji i przez to znacznie ciekawszy. Poza tym dość ciekawie prezentował się od strony wizualnej - krajobrazy momentami przypominały te z Gwiezdnych Wojen.
Jedyne, czego nie mogę przeboleć, to fakt, że w obydwóch filmach główne role zagrał Paul Bettany. Cholernie szkoda mi kolesia, bo moim zdaniem jest on naprawdę dobrym aktorem i niefajnie, że marnuje swój talent w takich filmach. No ale cóż - nic na to nie poradzę. Z resztą, skoro Ksiądz był lepszy od Legionu to panuje tutaj ewidentna tendencja wzrostowa - może więc następny film z Bettanym okaże się prawdziwym arcydziełem?

Kac Vegas
Ostatni film w dzisiejszym zestawieniu. Nie chcę was już zanudzać, więc napiszę krótko. Bałam się, że będzie to głupia, pełna obleśnych żartów komedyja w stylu American Pie. Tymczasem film okazał się naprawdę dobry, nieprzewidywalny, no i momentami rozbawiający aż do łez.
  • Current Music
    Endeverafter
  • Tags
avatar

Moje Imperium

Dawno, dawno temu, gdy chodziłam jeszcze do szkoły, w czasach, gdy telefony komórkowe i internet zaliczały się do wymysłów science-fiction, w sytuacji gdy lekcja z jakiegoś powodu okazywała się nudna - uczniowie sięgali po kartki papieru i zaczynali grać w jakieś gry. Gier było bardzo wiele, począwszy od mniej skomplikowanych, takich jak kółko i krzyżyk, a skończywszy na wymagających większej wiedzy, jak państwa-miasta. Była też gra, którą w mojej podstawówce nazywano "Imperium", ale w innych szkołach być może nosiła ona inną nazwę. Ostatnio dowiedziałam się, że była to nieco zmodyfikowana wersja GO. Główne różnice polegały na tym, że w Imperium mogło grać więcej, niż dwóch graczy, a zamiast pionków, różnokolorowymi długopisami stawiało się kropki na kartce w kratkę. W grę zazwyczaj grało się do znudzenia, bo rzadko zdarzało się, by komuś chciało się grać tak długo, by "zdobyć" cały obszar o powierzchni A5.

W ramach zaliczenia jednego z przedmiotów z EPI musiałam stworzyć grę w CGI, wykorzystującą język C (wiem, że większości z was nazwy te nic nie mówią, ale piszę je, na wypadek, jakby ktoś był bardziej zorientowany w temacie). Zdecydowałam się na grę Imperium i wyszło mi coś takiego:

Mój wytwór pokazuję wam nie po to, żeby się pochwalić (no dobrze, to też, ale tylko przy okazji ;) ale, żebyście przetestowali grę przed tym, jak we wrześniu zaprezentuję ją wykładowcy. Jeśli znajdziecie jakieś błędy, to proszę, prześlijcie mi (na maila lub w komentarzu do tego wpisu) adres URL, jaki wyświetlił się w adresie w chwili w której błąd się pojawił. Jeśli dodatkowo będzie się wam chciało zrobić printscreen i mi go pokazać, to będę wam podwójnie wdzięczna. Zwróćcie uwagę przede wszystkim na to, czy elementy na planszy wyświetlają się poprawnie oraz czy zajęty obszar jest obliczany prawidłowo.

Z istnienia niektórych błędów już teraz zdaję sobie sprawę, ale nie jestem w stanie ich poprawić. Oto one:
- można otoczyć maksymalnie jedno puste pole lub pole zajęte przez przeciwnika, jeśli postawi się wieże strażnicze wokół większej ilości pól, nie zostaną one otoczone,
- czasem wieże wyświetlają się na tak zwanym "obszarze wewnętrznym",
- wciśnięcie klawisza F5 (czyli odświeżenie strony) działa cuda,
- wiem, że sztuczna inteligencja w grze ma IQ rozwielitki, i że (praktycznie) trudność gry nie zwiększa się wraz ze wzrostem poziomu.
Na te cztery błędy nie musicie więc zwracać uwagi.

Zapraszam do testowania, życzę miłej zabawy i z góry dziękuję za waszą pomoc! ;)

Aha - gra jest dostępna na licencji Creative Commons (szczegóły licencji na stronie z grą). Gdyby więc ktoś był zainteresowany rozbudową, modyfikacją i wykorzystaniem kodu gry do własnych celów, to ma na to moją zgodę.
avatar

Smutny wierszyk

Buried City
Piękne, ukochane przeze mnie Zakopane,
Zostało już dawno, pod turystycznymi pensjonatami pogrzebane.


Dzisiejszy, nowy akt rozboju rozwoju Zakopanego złamał moje serce i wpędził mnie w depresję. Oczywiście mogłabym napisać dlaczego i  jak strasznie jestem smutna, jak bardzo nienawidzę turystów, deweloperów i urzędników, którzy podpisują zgody na budowy. Ale to niczego nie zmieni, i nie naprawi tego, co przed chwilą, na moich oczach zostało zniszczone.
oczko

Tajemnica spowiedzi

Kiedy chodziłam jeszcze do szkoły, za każdym razem, gdy lekcje religii prowadził jakiś ksiądz, prędzej czy później któryś z dzieciaków zadawał pytanie: "co by ksiądz zrobił, gdyby ktoś wyspowiadał się księdzu, że kogoś zabił?". Oczywiście każdy z katechetów odpowiadał zgodnie z tym, czego nauczono go w seminarium, że obowiązywałaby go tajemnica spowiedzi i nikomu nie mógłby wyjawić tego sekretu. Jeden z zapytanych odpowiedział nawet, że gdyby ksiądz był jedynym świadkiem morderstwa, to zabójca mógłby mu "zamknąć usta" spowiadając się. Po czymś takim duchowny nie mógłby zeznawać ani na policji, ani w sądzie.

Księża nie są jednak jedyną "grupą zawodową" którą obowiązuje tego typu poufność. Grzechów swoich klientów nie mogą wyjawiać także adwokaci. Co ciekawe, na pomysł podobny do tego z księdzem - świadkiem morderstwa, wpadł kilka lat temu amerykański powieściopisarz, Michael Conolly. W tym roku premierę miała ekranizacja jego ksiażki: The Lincoln Lawyer.

lincoln lawyer

Co mnie najbardziej urzekło w tym filmie? Chyba to, że mimo, iż akcja dzieje się we współczesnych nam czasach, bohaterowie używają telefonów komórkowych, internetu i innych bajerów, to wszystko inne sprawia wrażenie, jakby pochodziło z lat dziewięćdziesiątych albo nawet jeszcze wcześniejszej dekady. Nie wiem, czy stało się tak za sprawą tytułowego "adwokata z Lincolna" oraz jego samochodu, tematyki samego filmu, czy może innych rzeczy takich, jak kolorystyka obrazu lub ścieżka dźwiękowa. W każdym razie - Lincoln Lawyer posiada niezwykły klimat, który sprawia, że podczas oglądania nie odnosi się wrażenia, że jest to film z marca tego roku, ale właśnie sprzed kilkunastu ładnych lat.

Oczywiście wrażenie takie można też odnieść w dużej mierze z powodu tego, że Lincoln Lawyer jest pełny typowych dla filmów prawniczych rozwiązań, zwrotów akcji i innych oklepanych rzeczy. To wszystko już kiedyś było, nawet Matthew McConaughey pojawił się wcześniej w roli prawnika. Mnie jednak ta sztampowość nie przeszkadzała. Ale to może dlatego, że po obejrzeniu masy filmideł pełnych nadnaturalnych efektów specjalnych, efektownych wybuchów, wartkiej akcji i jeszcze szybszego montażu, Lincoln Lawyer był dla mnie miłą odskocznią, filmem, podczas oglądania którego mogłam złapać oddech.

Z resztą sama fabuła filmu składa się nie tylko ze standardowych, oklepanych rozwiązań. Głównym bohaterem jest Mick Haller - adwokat z LA. Koleś jest cwany, ma gadane i wie, jak przy pomocy kruczków prawnych odwrócić kota do góry ogonem, tak, by nawet największy drań został uznany za niewinnego. Gdyby chciał, bez problemu mógłby założyć własną kancelarię adwokacką i bronić sławnych oraz bogatych mieszkańców Miasta Aniołów. Ale nie - Haller woli być adwokatem złodziejaszków, drobnych handlarzy narkotyków i innych ludzi z niższych klas społecznych - tego typu praca jest dla niego ciekawsza.
Pewnego dnia Haller postanawia bronić kolesia oskarżonego o pobicie kobiety. Sprawa początkowo zdaje się być prosta, a klient niewinny. Potem jednak wszystko zaczyna się gmatwać i okazuje się, że nasz bohater wdepnął w naprawdę duże bagno - znajduje się mniej więcej w podobnej sytuacji, jak wspomniany na początku ksiądz, któremu wyspowiadał się morderca. Oczywiście Haller po złamaniu poufności jaka obowiązuje go w rozmowach z klientem, nie skazałby swojej duszy na potępienie, ale mógłby stracić licencję na wykonywanie zawodu. A tego nasz bohater by nie chciał. Adwokat musi więc jednocześnie spełnić swój zawodowy obowiązek i wybronić klienta, udowodnić jego winę oraz załatwić wszystko w taki sposób, by jego klient nie spełnił swoich gróźb i nie wymordował mu rodziny. Co z tego wszystkiego wyniknie - nie zdradzę, obejrzyjcie sami, bo moim zdaniem warto.

Wisienką na tym filmowym torcie bez dwóch zdań są aktorzy. Na ekranie pojawia się sporo znanych osób - zarówno takich z filmów, jak i z seriali. I co najważniejsze - wszyscy spisali się naprawdę dobrze. To znaczy bez szaleństw, nikt nie stworzył w filmie oscarowej kreacji - po prostu każda z postaci prezentuje się realistycznie i ciekawie.

Prawie na końcu chcę jeszcze napisać parę słów o Matthew McConaugheym (cholera, nigdy nie wiem, jak poprawnie napisać jego nazwisko). Nie pamiętam, czy po raz pierwszy zobaczyłam tego aktora w Czasie zabijania, czy może w Kontakcie. W każdym razie  facet zrobił na mnie wtedy naprawdę duże wrażenie. A później serce mnie bolało, gdy koleś przepadł w komediach romantycznych i innych głupich, niewartych oglądania filmach, w których na zmianę pokazywał widzom czarujące spojrzenie i rozbrajający uśmiech oraz (gdy producenci zapłacili mu więcej) swoją umięśnioną klatę. Ostatecznie wykreśliłam McConaughey'ego z listy moich ulubionych aktorów po obejrzeniu Sahary. Przy czym, żeby być sprawiedliwą muszę dodać, że byłam wtedy zła nie tylko z powodu ilości głupot, jakie zostały zaserwowane w filmie, ale przede wszystkim dlatego, bo wydałam ostatnie pieniądze z kieszonkowego na bilet do kina i okazało się, że nie była to najlepsza inwestycja.
Dlatego też dodatkowym bonusem w Lincoln Lawyer było dla mnie to, że wrócił McConaughey, którego lubię. I (choć wiem, że to złośliwe) mam nadzieję, że facet coraz częściej będzie się wcielał właśnie w takie role, bo od Czasu zabijania przybyło mu zmarszczek, a co za tym idzie - jeszcze kilka lat i koleś nie będzie już wystarczająco piękny, by grać w komediach romantycznych.

A już zupełnie na końcu wielkie WTF! należy się polskim dystrybutorom filmowym oraz wydawcom. Bo to wstyd, że tak dobry film nie pojawił się w kinach nad Wisłą, i że żadnej oficynie wydawniczej nie chciało się przetłumaczyć i opublikować książki Michaela Conolly'ego. Szkoda mi zwłaszcza tego drugiego, bo po obejrzeniu filmu chętnie przeczytałabym książkę, ale niestety po angielsku czytać mi się nie chce.
  • Current Music
    Joshua Radin
  • Tags
pióro

Uff i hurra!

Na trzecim roku studiów musiałam napisać pracę proseminaryjną, czyli taką pracę licencjacką, której nie musiałam później bronić. Przypadło mi zaprezentowanie Biblioteki Pisarzów Polskich (nie, w tytule nie ma błędu), jakiejś zapomnianej serii wydawniczej, która o ile dobrze pamiętam, powstała jeszcze w XIX wieku. Jak możecie się domyślić, informacji na temat tejże serii nie było wiele, przez co pisanie pracy proseminaryjnej było dla mnie drogą przez mękę. Pomyślałam sobie wtedy: nigdy więcej!

Gdy promotorka mojej pracy magisterskiej zaproponowała mi, żebym napisała o Ani z Zielonego Wzgórza i kolejnych książkach z tej serii, wydawanych w Polsce, natychmiast z chęcią się zgodziłam. Bo w końcu Ania Shirley jest tak kultową postacią literacką, że na jej temat powinny istnieć całe tomy opracowań...
A tu suprise i zonk - bo mimo popularności Lucy Maud Montgomery, o historii wydawania jej dzieł w Polsce nie powstała żadna praca, czy choćby jeden spis. Znalazłam się w sytuacji podobnej do tej, jaką miałam na trzecim roku. Przykładowo: bibliografie opisywały trzecie i piąte wydanie jakiejś książki. Ale co z wydaniem czwartym? Nie wiadomo i choć takie istniało, to absolutnie nigdzie nie można znaleźć na jego temat żadnych informacji.

Na szczęście moja pani promotorka starała się mi pomóc na wszelkie możliwe sposoby. Ale co z tego, skoro za każdym razem, gdy otrzymywałam od niej tytuł cudownej książki, która miała być remedium na wszystkie moje "anio-zielono-wzgórzowe" problemy, to albo po zapoznaniu się z treścią dzieła okazywało się, że wcale nie ma w nim informacji, których szukam, albo co gorsza - książka była nie do zdobycia w żadnej bibliotece (choć wedle katalogu powinna być dostępna w aż trzech egzemplarzach). I tak za każdym razem, gdy radośnie i w podskokach przekraczałam progi czytelni i bibliotek... Zgadza się, to było cholernie frustrujące.

Oczywiście mogłabym w takim wypadku zmienić temat pracy magisterskiej. Ale, choć nie jestem góralką, to mam w sobie góralski upór, który nie pozwala mi zrezygnować z raz podjętego przedsięwzięcia. Brnęłam więc dalej, co chwile potykając się o kłody, które chyba sama Lucy Maud Montgomery rzucała mi pod nogi.

Ale w końcu uff - udało się! Dziś postawiłam kropkę przy ostatnim zdaniu... To znaczy - cała zabawa jeszcze się nie skończyła, bo praca poszła do poprawki, a poza tym wciąż brakuje jej aneksów, spisów ilustracji i innych głupot tego typu. Ale przynajmniej jestem już bliżej końca niż początku.

I teraz nareszcie mam wakacje, hurra!

... choć nie, bo przecież muszę sobie znaleźć jakąś wakacyjną robotę i przygotować się do wrześniowej sesji poprawkowej... cholera... life is sucks :(